niedziela, 20 września 2015
Gorąca 30 tka i chichot losu
Minęło wiele czasu od mojego ostatniego posta. Znów napiszę, że nie wiem kiedy ten czas minął.
Tak czy inaczej żyję i mam się dobrze. Moja anoreksja to tom książki mojego życia, która została już spisana i postawiona na półkę, zostawiłam w niej kilka kartek na wszelki wypadek, ale mam wielką nadzieję, że już nic nie zostanie do tej chorobowej książki dopisane- prócz "Happy End. The End".
Od mojego anorektycznego huraganu niebawem minie 10 lat. Kupa czasu. Od samego mojego ostatniego wpisu minęło prawie 3 lata... To były ciężkie 3 lata, ale piękne lata mojego prawdziwego i ogromnego osobistego rozwoju. Poszukiwania radości, uśmiechu, pełnej, prawdziwej radości życia. Budowania swojego świata wartości i zasad, z którymi teraz żyję i którymi się kieruje. Zgodnymi z moją wrażliwością, delikatnością, ale pełnych obiektywizmu i stanowczości. Wszystko w oparciu o zdrowy ogląd sytuacji, ludzi i emocji jakie mnie otaczają. Ja to teraz nazywam, że osiągnęłam pozytywny stopień wyjebania (wcześniej przejmowałam się każdą opinią na mój temat, chciałam być idealna, nie do zastąpienia, idealna dla ojca, idealna dla świata, idealna dla pracodawcy, idealna dla znajomych, słuchać problemów każdego, pomagać wszystkim tylko to nie szło w drugą stronę - dla większości (teraz już to wiem) byłam mało istotnym bytem, w którego można nawrzucać jak w śmietnik, a potem kopnąć w dupę). Teraz jestem silną osobą, walczę o siebie i nie przejmuje się opiniami na mój temat, potrafię prowadzić konstruktywne dyskusje, higieniczny tryb pracy, jestem otwarta na polemikę w niemalże każdym temacie, nawet tym wrażliwym jakim jest moje ciało, waga, czy nawyki żywieniowe. Prowadzę zdrowy tryb życia towarzyskiego. Nie kontaktuje się z ludźmi toksycznymi, nie chodzę na spotkania z osobami, które wzbudzają mój psychiczny dyskomfort. Teraz otaczam się garstką najbardziej wyjątkowych i bliskich mi ludzi, którzy akceptują mnie taką jaka jestem, którzy wiedzą, że mogą na mnie liczyć i którzy, jak potrzebuję potrafią wysłuchać również mnie i pomóc jeśli będę tego potrzebować. Brzydzę się nieszczerością, dwulicowością, wykorzystywaniem emocjonalnym i intelektualnym. Ostatnie 3 lata mogę powiedzieć, z czystym sercem są mega stabilne. Bez popełnianych chorobowych głupot czy myśli, gdzie funkcjonuję jak normalna kobieta. Kobieta! a nie zagubiony dzieciak, chory dzieciak wołający o pomoc, który w swojej rozpaczy głodzi się. Skupiam się na tym co mnie otacza, rozwija. Nie skupiam się na destrukcji. Chcę żyć i cieszyć się. Na swój sposób pokonałam śmierć- to jest ogromny sukces. Teraz jestem silną kobietą, która wie czego chce, która dba o siebie i swojego ukochanego i nikomu nie pozwolę nas skrzywdzić. Mam dużą pewność siebie i tego, że destrukcyjny tryb życia jest daleko ode mnie. Miałam naprawdę ciężkie momenty w ciągu tych 3 lat (choroba mamy, zawał ojca, moja ciężka operacja cholernej endometriozy, zakup mieszkania, problemy pracowe i zdrowotne narzeczonego i wiele, wiele innych), które pokazały, że jestem silna. Były to też momenty totalnej mojej rozpaczy, w której najlepszym rozwiązaniem byłoby porzyganie się i odmówienie jedzenia (to by było naturalne dla chorej osoby), a ja w tych właśnie momentach ani razu o tym nie pomyślałam. Te i podobne momenty jakiegoś niepowodzenia za każdym razem pokazują mi, że jestem silna. Za każdym razem po upadku na kolana, biorę oddech i wstaję. Idę dalej. Upadam, biorę oddech i wstaję. Czasem jest mi bardzo, bardzo ciężko, ale w tedy płaczę, szlocham, rozmawiam, daję upust emocjom. A nie zamykam się w toalecie. Płacz, rozmowa i zdrowy upust złości (rozładowanie negatywnych emocji) naprawdę pomaga.
W tym roku skończyłam 30 lat. Od roku nie chodzę do psychologa. Od roku sama świetnie funkcjonuję i się nie boję, że sobie nie poradzę sama z sobą.
Co teraz?
Walczymy z moją połówką od 3 lat o to aby mieć dziecko, nasze maleństwo. Mamy nadzieję, że w końcu nam się uda. Nawet nie chcę myśleć, że może być inaczej. Myślimy pozytywnie. Mamy cięższe chwile i zwątpienie, ale wspieramy się i nasza miłość pomaga nam dalej walczyć. Jesteśmy pod opieką świetnych specjalistów. Rok temu przeszłam ciężką operację endometriozy (3 stopień), która została wykryta przez przypadek (a na którą de facto cierpię od 17 roku życia). Jest to straszna kobieca choroba, trudna w Polsce do zdiagnozowania (ignorancja lekarzy ginekologów i podstawowy brak wiedzy w temacie endo), nie ma na nią leku. Choroba, która podważa kobiecość, która zabiera kobiecość, która powoduje bardzo duży dyskomfort życia codziennego i seksualnego. choroba, która każe żyć z chronicznym bólem i zapaleniem. Popłynęły mi teraz łzy pisząc o tym, bo to cholerny chichot losu. Kilka lat temu nie chciałam być kobietą, zabijałam tą kobiecość,chciałam mieć ciało nastolatki, a teraz jak czuje się kobieca i piękna, to cierpię na chorobę, która chce mi ją odebrać. Więcej o endometriozie tutaj:
http://pse.aid.pl/o-chorobie/o-endometriozie-2/
Osobom chorym, które czytają mojego bloga pewnie temat endometriozy czy pragnienie dziecka może być teraz daleki. Wspomniałam o tym, ponieważ jest to teraz moje najważniejsze starcie i wyzwanie. Kolejna ciężka walka. Chcę też pokazać, że mimo dramatu anoreksji jakie przeszłam, w życiu są kolejne dramaty, na które trzeba się przygotować i trzeba być silnym...bo jako 30 latka powiem, że faktycznie "w życiu piękne są tylko chwile", ale wiem też, że jak się pokona anoreksję, to pokona się każde inne przeciwności losu.
W kolejnym poście odniosę się do tego jak funkcjonuję żywieniowo i sportowo. Zdaję sobie sprawę, że wielu czytających, czy chorych na anoreksję zadaje sobie pytanie czy dużo ćwiczę? co jem? czy umiem patrzeć na siebie w lustrze?
Ja nie chcę dawać nadziei, że można wyjść z anoreksji. Ja Wam udowadniam własnym przypadkiem, że jest ona naprawdę do pokonania. A życie mimo tylu przeciwności losu jest naprawdę fajne i warte przeżycia.
Mam nadzieję, że jako psycholog (bo już się dawno temu obroniłam) za kilka lat będę prowadzić terapie dla chorych na anoreksję z dużym odsetkiem wyzdrowienia.
Dbajcie o siebie i żyjcie proszę.
piątek, 6 kwietnia 2012
2012 po przerwie
Witam po długiej przerwie.
Na samym początku chciałabym powiedzieć, że mam się dobrze. To, że zniknęłam ze swoimi postami nie znaczyło, że coś się ze mną stało. Wręcz odwrotnie, nie wiem gdzie mi ten czas minął. Przez ten cały czas rozwijałam siebie, swój związek i karierę zawodową. Wszystko idzie do przodu. Nadal chodzę na terapię- co 2 tygodnie, regularnie:), zmieniłam pracę i od roku jestem zadowolona z pracy i czuję, że się rozwijam. Nie wymiotuję. Nie zamykam się w domu. Spotykam się ze znajomymi, normalnie zaczęłam funkcjonować w społeczeństwie. Nie zawsze jest kolorowo, nie mogę powiedzieć, że pokonałam chorobę, że już nie mam myśli jedzeniowych i analiz...one nadal gdzieś tam są, ale na terapii i sama wypracowałam sobie dużo mechanizmów obronnych oraz strategie radzenia sobie z chorobą, z przezwyciężaniem jej. Od ostatniego wpisu jem już zdecydowanie więcej, jem różne potrawy, bardzo zróżnicowane i wartościowe. Zdrowe. Jem masło, oliwę, pieczywo, warzywa, owoce, czasem słodycze, mięso, piję kawę z mlekiem, jem lody, pijam czekoladę na gorąco i wiele wiele więcej. Na świętach czy obiadach rodzinnych też nie wybrzydzam, jem z rodziną to co oni, ciesze się jak chodzę do restauracji. Już nie rozkminiam i nie pilnuję jak ktoś dla mnie gotuje. To jest super! Dodatkowo tyle ile produktów ograniczałam teraz już są w mojej diecie. Próbuję nowych smaków, potraw, nowinek kulinarnych- Już nie ograniczam sobie jedzenia i nie fiksuję się, ze tego nie mogę a tamto mogę bo light. Z produktów light zrezygnowałam już dawno temu. Oczywiście analizuję jeszcze zyski i straty z jedzenia, ale co najważniejsze jem. Wiecie co się potwierdziło? że jeść trzeba, aby mieć jasność umysłu, aby nie być zmęczoną, mieć siłę walczyć o siebie. Walczyć z codziennością, z problemami i z chorobą. Jeść też trzeba aby mieć spokojny sen, aby głowa nie bolała, by zdrowieć. Tyle już lat terapii i jeszcze parę lat przede mną, ale jest lepiej. Jem sobie i jestem szczuplutka. Nadal nie mogę spokojnie spojrzeć w lustro i powiedzieć, że jestem piękna i wiecie co... w dupie z tym lustrem, nie będę w nie patrzeć skoro nadal widzę siebie grubszą i brzydszą. Na zdjęciach widzę dopiero, że jestem chudziną i kostki mi wystają i w tedy myślę sobie o fuj, to ja taki chudzielec??? :) Cieszę się, że kończę studia, niebawem będę musiała bronić magisterki, która się tworzy w wielkich bólach ze względu na brak czasu:). Już mam plany na studia podyplomowe. Ciesze się, że realizuję swoje plany, swoje marzenia. Gdybym pozwoliła chorobie mnie owładnąć, nie miałabym tego co mam, nie miałabym siły realizować marzeń. Chcę niedługo mieć dziecko, zdrowe dziecko, założyć rodzinę. Cieszyć się życiem i budować nową przyszłość.
Dla wszystkich niedowiarków, którzy nie wierzą, że anoreksje można pokonać ja powiem tylko tyle, że jeśli się chce, jeśli się chce żyć i być szczęśliwym, jeśli się chce być wolnym to można. Podstawa to terapia. Rozwój osobisty to kolejny etap do którego każdy kto chce zdrowieć sam dojdzie. Trzeba zamknąć przeszłość, poukładać ją, zrozumieć, zaakceptować a potem odłożyć na strych, żeby się kurzyła... Pozdrawiam i wszystkiego dobrego na święta!
Na samym początku chciałabym powiedzieć, że mam się dobrze. To, że zniknęłam ze swoimi postami nie znaczyło, że coś się ze mną stało. Wręcz odwrotnie, nie wiem gdzie mi ten czas minął. Przez ten cały czas rozwijałam siebie, swój związek i karierę zawodową. Wszystko idzie do przodu. Nadal chodzę na terapię- co 2 tygodnie, regularnie:), zmieniłam pracę i od roku jestem zadowolona z pracy i czuję, że się rozwijam. Nie wymiotuję. Nie zamykam się w domu. Spotykam się ze znajomymi, normalnie zaczęłam funkcjonować w społeczeństwie. Nie zawsze jest kolorowo, nie mogę powiedzieć, że pokonałam chorobę, że już nie mam myśli jedzeniowych i analiz...one nadal gdzieś tam są, ale na terapii i sama wypracowałam sobie dużo mechanizmów obronnych oraz strategie radzenia sobie z chorobą, z przezwyciężaniem jej. Od ostatniego wpisu jem już zdecydowanie więcej, jem różne potrawy, bardzo zróżnicowane i wartościowe. Zdrowe. Jem masło, oliwę, pieczywo, warzywa, owoce, czasem słodycze, mięso, piję kawę z mlekiem, jem lody, pijam czekoladę na gorąco i wiele wiele więcej. Na świętach czy obiadach rodzinnych też nie wybrzydzam, jem z rodziną to co oni, ciesze się jak chodzę do restauracji. Już nie rozkminiam i nie pilnuję jak ktoś dla mnie gotuje. To jest super! Dodatkowo tyle ile produktów ograniczałam teraz już są w mojej diecie. Próbuję nowych smaków, potraw, nowinek kulinarnych- Już nie ograniczam sobie jedzenia i nie fiksuję się, ze tego nie mogę a tamto mogę bo light. Z produktów light zrezygnowałam już dawno temu. Oczywiście analizuję jeszcze zyski i straty z jedzenia, ale co najważniejsze jem. Wiecie co się potwierdziło? że jeść trzeba, aby mieć jasność umysłu, aby nie być zmęczoną, mieć siłę walczyć o siebie. Walczyć z codziennością, z problemami i z chorobą. Jeść też trzeba aby mieć spokojny sen, aby głowa nie bolała, by zdrowieć. Tyle już lat terapii i jeszcze parę lat przede mną, ale jest lepiej. Jem sobie i jestem szczuplutka. Nadal nie mogę spokojnie spojrzeć w lustro i powiedzieć, że jestem piękna i wiecie co... w dupie z tym lustrem, nie będę w nie patrzeć skoro nadal widzę siebie grubszą i brzydszą. Na zdjęciach widzę dopiero, że jestem chudziną i kostki mi wystają i w tedy myślę sobie o fuj, to ja taki chudzielec??? :) Cieszę się, że kończę studia, niebawem będę musiała bronić magisterki, która się tworzy w wielkich bólach ze względu na brak czasu:). Już mam plany na studia podyplomowe. Ciesze się, że realizuję swoje plany, swoje marzenia. Gdybym pozwoliła chorobie mnie owładnąć, nie miałabym tego co mam, nie miałabym siły realizować marzeń. Chcę niedługo mieć dziecko, zdrowe dziecko, założyć rodzinę. Cieszyć się życiem i budować nową przyszłość.
Dla wszystkich niedowiarków, którzy nie wierzą, że anoreksje można pokonać ja powiem tylko tyle, że jeśli się chce, jeśli się chce żyć i być szczęśliwym, jeśli się chce być wolnym to można. Podstawa to terapia. Rozwój osobisty to kolejny etap do którego każdy kto chce zdrowieć sam dojdzie. Trzeba zamknąć przeszłość, poukładać ją, zrozumieć, zaakceptować a potem odłożyć na strych, żeby się kurzyła... Pozdrawiam i wszystkiego dobrego na święta!
poniedziałek, 14 czerwca 2010
KOLEJNA ROCZNICA
1 czerwca 2010
Dziś jest bardzo ważny dla mnie dzień, nie ze względu na „Dzień Dziecka”, tylko ze względu na kolejną rocznicę, już 3 kiedy nie wymiotuję. Naprawdę to wielkie osiągnięcie i sprawia mi niezmierną radość to, że mogę się tym sukcesem pochwalić i uzmysłowić sobie, że kolejny rok pracy nad sobą daje efekt.
Wiem, że nie jestem jeszcze zdrowa i jeszcze wiele pracy mnie czeka, ale takie sukcesy jak ten daje po prostu wielką nadzieję, że kiedyś w końcu będę zdrowa lub przynajmniej nie będę o tym myśleć, że zostanie tylko wspomnienie. W każdym razie cały czas chodzę na terapię i tego się będę trzymać. Najważniejsze: walczyć o siebie i starać się pracować nad sobą tak dalej, aby móc osiągać kolejne sukcesy.
Każdemu życzę tego samego!
Dziś jest bardzo ważny dla mnie dzień, nie ze względu na „Dzień Dziecka”, tylko ze względu na kolejną rocznicę, już 3 kiedy nie wymiotuję. Naprawdę to wielkie osiągnięcie i sprawia mi niezmierną radość to, że mogę się tym sukcesem pochwalić i uzmysłowić sobie, że kolejny rok pracy nad sobą daje efekt.
Wiem, że nie jestem jeszcze zdrowa i jeszcze wiele pracy mnie czeka, ale takie sukcesy jak ten daje po prostu wielką nadzieję, że kiedyś w końcu będę zdrowa lub przynajmniej nie będę o tym myśleć, że zostanie tylko wspomnienie. W każdym razie cały czas chodzę na terapię i tego się będę trzymać. Najważniejsze: walczyć o siebie i starać się pracować nad sobą tak dalej, aby móc osiągać kolejne sukcesy.
Każdemu życzę tego samego!
Maj
Maj 2010-05-24
Czas leci nieublaganie...nie ma co mówić. Szkoda, że brakuje czasu na normalne życie, to jest coś z czym ja sama nie umiem się jakoś pogodzić.
U mnie bardzo dużo życiowych zmian, które wydają się ...mam taką nadzieję wyjdą tylko na dobre, zwłaszcza, że do tych decyzji dojżewałam i nie bałam się zaryzykować. W związku z tym, że psychicznie czułam się słabiej wróciłam na terapię, dla swojego własnego bezpieczeństwa i aby nie stracić kontroli nad tym co wypracowałam, co sama osiągnęłam. Chodzę nadal na terapię i odkrywam w sobie to co jeszcze wymaga zmiany, ale też to co zbudowałam, zweryfikowałam i wprowadziłam w codzienne życie, co pozwala mi żeby się trzymać i nie upadać za każdym razem kiedy ktoś Cię krzywdzi, zawiedzie czy spowoduje, że czujesz się bardzo wykorzystany.
Od kwietnia nie pracuje w swojej starej filmie. Byłam tak wkurzona, zdenerwowana, zestresowana i sfrustrowana przez ostatnie 8 miesięcy pracy tam, że każdego dnia praca przynosiła coraz mniej satysfakcji, a w końcu nie przynosiła nic oprócz ciągłego ciśnienia, nerwów, walki...kiedy już nie chciałam wstać z łóżka i pójść do pracy stwierdziłam, że jest bardzo źle i coś trzeba z tym zrobić jak najszybciej- za bardzo odbijało się to na moje wewnętrzne, zdrowe funkcjonowanie. Dodatkowo organizm znów odmawiał posłuszeństwa bo byłam fizycznie i psychicznie wyczerpana. Stwierdziłam, że walić kryzys, którego wszysc się boją, muszę zawalczyć o siebie o swoje zdrowie i zaczęłam szukać pracy.
Znalazłam nową, z perspektywami rozwoju, nauki, rozwijania siebie. Tak przynajmniej mi się wydaje na razie... Jednak mam juz swoje wnioski, swoje przemyślenia nad swoją dalszą „zawodową” drogą. Póki co ostatnie 2 tyg były koszmarne, płacz, łzy, zgrzytanie zębami z niemocy, stres, stres, stres w mega wydaniu...jednak chyba nie na moje siły, nie na moje nerwy, nie na moje życiowe plany i wartośc, które tak bardzo chcę bronić w tych czasach. Ostatnio z nerwów zgubiłam 3kg jak z palca strzelić, nie chce aby tak było, nie chce aby stres mnie tak męczył... szukam sensownego rozwiązania na życie, które będzie nieco bardziej spokojne, bardziej zależne ode mnie a nie od pracy. Co mnie boli to to, że nigdy nie wiem o której wyjdę, o której zadzwoni telefon służbowy kiedy jestem juz w domu po pracy, to, że nic nie mogę zaplanować, to, że muszę wysłuchiwać pretensji klientów i nie móc powiedzieć nic na obronę, muszę słuchać, przytakiwać, nie mogę skupić się bardziej na uczelni bo brakuje mi w tygodniu wiecznie czasu albo przychodzę wyczerpana. Ciągle ścigam się z czasem, z pracą.
Co jest ważne w tym wszystkim, że nadal nie wymiotuje mimo czasem ogromnego stresu. Wiadomo pojawiaja się myśli, żeby to zrobić ale dzielnie się trzymam. Walczę codziennie ze sobą. Czasem jest bardzo trudno, ale naprawdę daję radę i z tego jestem dumna. Jeszcze sporo pracy przede mną, aby w końcu siebie zaakceptować tak w pełni, nie bać się kilogramów, wagi i jedzenia, ale równie dużo już za mną i to bardzo mnie mobilizuje. Jeszcze mój chłopak, nasze plany, nasze życie ... to jest iskra która pozwala na to, że ogień nadal się pali. Jesteśmy szczęsliwi, jesteśmy wsparciem dla siebie na wzajem. Żyjemy sobą i dla siebie, więc mnie też nie może zabraknąć.
Czas leci nieublaganie...nie ma co mówić. Szkoda, że brakuje czasu na normalne życie, to jest coś z czym ja sama nie umiem się jakoś pogodzić.
U mnie bardzo dużo życiowych zmian, które wydają się ...mam taką nadzieję wyjdą tylko na dobre, zwłaszcza, że do tych decyzji dojżewałam i nie bałam się zaryzykować. W związku z tym, że psychicznie czułam się słabiej wróciłam na terapię, dla swojego własnego bezpieczeństwa i aby nie stracić kontroli nad tym co wypracowałam, co sama osiągnęłam. Chodzę nadal na terapię i odkrywam w sobie to co jeszcze wymaga zmiany, ale też to co zbudowałam, zweryfikowałam i wprowadziłam w codzienne życie, co pozwala mi żeby się trzymać i nie upadać za każdym razem kiedy ktoś Cię krzywdzi, zawiedzie czy spowoduje, że czujesz się bardzo wykorzystany.
Od kwietnia nie pracuje w swojej starej filmie. Byłam tak wkurzona, zdenerwowana, zestresowana i sfrustrowana przez ostatnie 8 miesięcy pracy tam, że każdego dnia praca przynosiła coraz mniej satysfakcji, a w końcu nie przynosiła nic oprócz ciągłego ciśnienia, nerwów, walki...kiedy już nie chciałam wstać z łóżka i pójść do pracy stwierdziłam, że jest bardzo źle i coś trzeba z tym zrobić jak najszybciej- za bardzo odbijało się to na moje wewnętrzne, zdrowe funkcjonowanie. Dodatkowo organizm znów odmawiał posłuszeństwa bo byłam fizycznie i psychicznie wyczerpana. Stwierdziłam, że walić kryzys, którego wszysc się boją, muszę zawalczyć o siebie o swoje zdrowie i zaczęłam szukać pracy.
Znalazłam nową, z perspektywami rozwoju, nauki, rozwijania siebie. Tak przynajmniej mi się wydaje na razie... Jednak mam juz swoje wnioski, swoje przemyślenia nad swoją dalszą „zawodową” drogą. Póki co ostatnie 2 tyg były koszmarne, płacz, łzy, zgrzytanie zębami z niemocy, stres, stres, stres w mega wydaniu...jednak chyba nie na moje siły, nie na moje nerwy, nie na moje życiowe plany i wartośc, które tak bardzo chcę bronić w tych czasach. Ostatnio z nerwów zgubiłam 3kg jak z palca strzelić, nie chce aby tak było, nie chce aby stres mnie tak męczył... szukam sensownego rozwiązania na życie, które będzie nieco bardziej spokojne, bardziej zależne ode mnie a nie od pracy. Co mnie boli to to, że nigdy nie wiem o której wyjdę, o której zadzwoni telefon służbowy kiedy jestem juz w domu po pracy, to, że nic nie mogę zaplanować, to, że muszę wysłuchiwać pretensji klientów i nie móc powiedzieć nic na obronę, muszę słuchać, przytakiwać, nie mogę skupić się bardziej na uczelni bo brakuje mi w tygodniu wiecznie czasu albo przychodzę wyczerpana. Ciągle ścigam się z czasem, z pracą.
Co jest ważne w tym wszystkim, że nadal nie wymiotuje mimo czasem ogromnego stresu. Wiadomo pojawiaja się myśli, żeby to zrobić ale dzielnie się trzymam. Walczę codziennie ze sobą. Czasem jest bardzo trudno, ale naprawdę daję radę i z tego jestem dumna. Jeszcze sporo pracy przede mną, aby w końcu siebie zaakceptować tak w pełni, nie bać się kilogramów, wagi i jedzenia, ale równie dużo już za mną i to bardzo mnie mobilizuje. Jeszcze mój chłopak, nasze plany, nasze życie ... to jest iskra która pozwala na to, że ogień nadal się pali. Jesteśmy szczęsliwi, jesteśmy wsparciem dla siebie na wzajem. Żyjemy sobą i dla siebie, więc mnie też nie może zabraknąć.
poniedziałek, 9 listopada 2009
Warszawska jesienna codzienność
Mija już 2 miesiące od powrotu z Turcji...gdyby nie te zdjęcia to już bym nie pamiętała, że byłam.
Szczęście z urlopu trwało bardzo krótko. Kierat, kierat jeszcze raz kierat. Praca i uczelnia do pogodzenia już od połowy września. Dodatkowo cała masa rzeczy do załatwienia, do ogarnięcia na pilne.
W pracy u mnie zwolnienia więc ludzie czują się bardzo zagrożeni. U mojego chłopaka to samo tylko u niego w większej ilości- w tym on. Kiedy człowiek czuje się zagrożony i czeka jak na szpilkach do końca miesiąca na wyrok mając u swojego bogu ukochaną osobę, która staje się bezrobotna i bardzo zawiedziona jest to dramat. Dodatkowo choroba rodziców, zagrożenie mieszkania czy nie będziemy musieli się wynieść niemalże z dnia na dzień i wynająć coś za pieniądze, których nie mamy...byłam załamana, myślałam, że wyrwę sobie włosy z głowy. Cały czas bolała mnie głowa, nie mogłam spać choć byłam zmęczona okrutnie, nie mogłam jeść, ciągle płakałam...starałam się nikomu nie pokazać jak bardzo jestem nieszczęśliwa, przecież ktoś w domu musi być dzielny i twardy. Jak sobie przypomnę ten czas (jeszcze 3 tyg temu) to, aż mi słabo. Taka próba "silnego" kamuflarzu jest beznadziejna, trzymać w sobie te wszystkie emocje i płakać w poduszkę, aby nie dać po sobie poznać słabości to naprawdę błędna droga. Za dużo mnie to kosztowało, organizm się buntował, a łzy nie pomagały w trzeźwym i pozytywnym myśleniu. Teraz jest względnie dobrze, myślę sobie, że to była kolejna próba dla mnie bo nieraz miałam ochotę zwyczajnie pójść do toalety i zwymiotować. Tak samo jak chęć zwymiotowania mnie pchała do przodu tak samo pchała mnie do tyłu. Znów walka "idź zwymiotuj" vs. "opanuj się, nie wymiotuj". Czasami czułam się jak opętana. Te myśli, które ciągle w głowie się kłębią i nie dają spokoju. Kiedy opanowywałam chęć zwymiotowania, to myślałam o innych próbach okaleczenia siebie, kiedyś jak nie wymiotowanie to obijanie kostek na ręku. Teraz myśli były bardziej brutalne. Cały czas sobie mówiłam, że tyle osiągnęłam, że żyję w miarę normalnie to nie powinnam tego przekreślać chwilową słabością. Bardzo pomagało, choć chodziłam wściekła. Potem już tylko beczałam w poduszkę dotąd dopóki nie wypłakałam wszystkich swoich łez. W czasie choroby nie umiałam płakać, nie byłam do tego zdolna teraz płacz oczyszcza mnie bardzo, jest to teraz forma upustu emocji. Myślę sobie, że lepiej płakać z byle powodu niż próbować znów się krzywdzić. Póki co mi się to udaje. Bardzo się bałam tego, że te wszystkie negatywne rzeczy, które miały miejsce, te emocje które się we mnie piętrzyły to coś z czym muszę wrócić do psychologa bo nie dam sobie rady. Bałam się, że jak pójdę znów na spotkanie z psychologiem przyznam się do swojej bezsilności, że dla innych będzie to oznaczało, że nie daję sobie rady sama z sobą. Bałam się tego jak inni mnie ocenią. Jakież to było banalne z mojej strony. Wmówiłam sobie, że konfrontacja z psychologiem to moja porażka. Teraz wiem, że wizyta to jedyne dobre wyjście, aby za oszczędzić sobie nerwów i łez. Nic tak nie oczyści jak rozmowa ze swoim psychologiem, który przyczynił się do tego, że żyjesz.
Może nie powinnam o tym pisać, aby nie odbierać nadziei, jednak przyżekłam sobie, że będę pisać o tym jak to jest. Wiadomo z anoreksji wychodzisz jak tego bardzo chcesz i pracujesz nad sobą, ale na co dzień masz pełno prób z jej strony które albo przejdziesz, albo na których polegniesz. Moja kolejna się zakończyła sukcesem. To najważniejsze, że nie poszłam po najmniejszej linii oporu, tylko zawalczyłam po raz kolejny ze swoja psychiką. Bardzo mnie to cieszy i mam nadzieję, że to co napisałam będzie odbierane pozytywnie przez innych.
W kolejnym poście będę chciała napisać, że akceptacja samej siebie to naprawdę bardzo trudna sprawa, z która nadal walczę.
Szczęście z urlopu trwało bardzo krótko. Kierat, kierat jeszcze raz kierat. Praca i uczelnia do pogodzenia już od połowy września. Dodatkowo cała masa rzeczy do załatwienia, do ogarnięcia na pilne.
W pracy u mnie zwolnienia więc ludzie czują się bardzo zagrożeni. U mojego chłopaka to samo tylko u niego w większej ilości- w tym on. Kiedy człowiek czuje się zagrożony i czeka jak na szpilkach do końca miesiąca na wyrok mając u swojego bogu ukochaną osobę, która staje się bezrobotna i bardzo zawiedziona jest to dramat. Dodatkowo choroba rodziców, zagrożenie mieszkania czy nie będziemy musieli się wynieść niemalże z dnia na dzień i wynająć coś za pieniądze, których nie mamy...byłam załamana, myślałam, że wyrwę sobie włosy z głowy. Cały czas bolała mnie głowa, nie mogłam spać choć byłam zmęczona okrutnie, nie mogłam jeść, ciągle płakałam...starałam się nikomu nie pokazać jak bardzo jestem nieszczęśliwa, przecież ktoś w domu musi być dzielny i twardy. Jak sobie przypomnę ten czas (jeszcze 3 tyg temu) to, aż mi słabo. Taka próba "silnego" kamuflarzu jest beznadziejna, trzymać w sobie te wszystkie emocje i płakać w poduszkę, aby nie dać po sobie poznać słabości to naprawdę błędna droga. Za dużo mnie to kosztowało, organizm się buntował, a łzy nie pomagały w trzeźwym i pozytywnym myśleniu. Teraz jest względnie dobrze, myślę sobie, że to była kolejna próba dla mnie bo nieraz miałam ochotę zwyczajnie pójść do toalety i zwymiotować. Tak samo jak chęć zwymiotowania mnie pchała do przodu tak samo pchała mnie do tyłu. Znów walka "idź zwymiotuj" vs. "opanuj się, nie wymiotuj". Czasami czułam się jak opętana. Te myśli, które ciągle w głowie się kłębią i nie dają spokoju. Kiedy opanowywałam chęć zwymiotowania, to myślałam o innych próbach okaleczenia siebie, kiedyś jak nie wymiotowanie to obijanie kostek na ręku. Teraz myśli były bardziej brutalne. Cały czas sobie mówiłam, że tyle osiągnęłam, że żyję w miarę normalnie to nie powinnam tego przekreślać chwilową słabością. Bardzo pomagało, choć chodziłam wściekła. Potem już tylko beczałam w poduszkę dotąd dopóki nie wypłakałam wszystkich swoich łez. W czasie choroby nie umiałam płakać, nie byłam do tego zdolna teraz płacz oczyszcza mnie bardzo, jest to teraz forma upustu emocji. Myślę sobie, że lepiej płakać z byle powodu niż próbować znów się krzywdzić. Póki co mi się to udaje. Bardzo się bałam tego, że te wszystkie negatywne rzeczy, które miały miejsce, te emocje które się we mnie piętrzyły to coś z czym muszę wrócić do psychologa bo nie dam sobie rady. Bałam się, że jak pójdę znów na spotkanie z psychologiem przyznam się do swojej bezsilności, że dla innych będzie to oznaczało, że nie daję sobie rady sama z sobą. Bałam się tego jak inni mnie ocenią. Jakież to było banalne z mojej strony. Wmówiłam sobie, że konfrontacja z psychologiem to moja porażka. Teraz wiem, że wizyta to jedyne dobre wyjście, aby za oszczędzić sobie nerwów i łez. Nic tak nie oczyści jak rozmowa ze swoim psychologiem, który przyczynił się do tego, że żyjesz.
Może nie powinnam o tym pisać, aby nie odbierać nadziei, jednak przyżekłam sobie, że będę pisać o tym jak to jest. Wiadomo z anoreksji wychodzisz jak tego bardzo chcesz i pracujesz nad sobą, ale na co dzień masz pełno prób z jej strony które albo przejdziesz, albo na których polegniesz. Moja kolejna się zakończyła sukcesem. To najważniejsze, że nie poszłam po najmniejszej linii oporu, tylko zawalczyłam po raz kolejny ze swoja psychiką. Bardzo mnie to cieszy i mam nadzieję, że to co napisałam będzie odbierane pozytywnie przez innych.
W kolejnym poście będę chciała napisać, że akceptacja samej siebie to naprawdę bardzo trudna sprawa, z która nadal walczę.
wtorek, 1 września 2009
Poprostu kierunek Turcja
Przez ostatni czas w pracy było dużo stresu, nerwów i moje rezerwy baterii nikły z dnia na dzień.
Codzienny płacz i brak sił do wstania...zresztą mój chłopak miał to samo. To co mnie, jego (nas) trzymało przy funkcjonowaniu z dnia na dzień była wizja nadchodzącego, dwutygodniowego urlopu, upragnionego, którego nigdy nie miałam od ponad 4 lat pracy.
Kupiliśmy Last Minute do Turcji. Wakacje cudowne. Totalne lenistwo i beztroska. Upał, słońce, basen, muzyka, plaża, morze...cóż chcieć więcej.
Teraz naładowana nową energią walczę z codziennością. Jak to przekłada sie na mnie napisze niebawem.
Codzienny płacz i brak sił do wstania...zresztą mój chłopak miał to samo. To co mnie, jego (nas) trzymało przy funkcjonowaniu z dnia na dzień była wizja nadchodzącego, dwutygodniowego urlopu, upragnionego, którego nigdy nie miałam od ponad 4 lat pracy.
Kupiliśmy Last Minute do Turcji. Wakacje cudowne. Totalne lenistwo i beztroska. Upał, słońce, basen, muzyka, plaża, morze...cóż chcieć więcej.
Teraz naładowana nową energią walczę z codziennością. Jak to przekłada sie na mnie napisze niebawem.
piątek, 3 lipca 2009
1 czerwca i zmiany,zmiany,zmiany na duży PLUS
Ostatnio musialam dużo czasu poświęcić na naukę.
Zaliczenia przed sesją ciągnęły się i ciągnęły, a uczyć się w tygodniu po pracy to istna masakra. Ale póki co do przodu. Teraz sesja ruszyła pęłną parą -trochę w mało kozystnej chwili...przeprowadzki...kolejnej w moim życiu.
Myśleliśmy , że będzie szybko i bez bólu w końcu rzeczy nie mamy tak dużo...a tu muka! Mamy tyle rzeczy, że przeprowadzka nie miała końca. Ile to trzeba było się nadzwigać, najeździć. Dobrze, że to już przeszłość. Teraz mieszkamy w ścisłym centrum, gdzie hałas i duchota jest okropna, ale do zniesienia przez inne uroki mieszkania i okolicy.
1 czerwca minęła mi klejna rocznica niewymiotowania. Kolejny rok, który uświadamia mi, że 3 lata minęły jak jeden dzień, kolejny rok, który jest moim zwycięstwem z chorobą.
W każdym razie anoreksja zawsze we mnie będzie, ale to, że umiem nad nią zapanować jest dla mnie wielkim sukcesem. Nie chce już myśleć co było, co będzie, nie planuje na zaś. Co jest mi pisane to to mnie spotka.
Zaczynam żyć tak jak zawsze chciałam i powinnam. Pracuje, studiuję, dbam o dom, o Jaśka, o samą siebie, spełniam swoje zachcianki, dążę do celu małymi kroczkami, myślę pozytywnie, nie załamuję się, chodzę na taniec, chodzę na spacery co jeszcze do niedawna było wielkim wyzwaniem.
Wczoraj pierwszy raz od ponad 2 lat jeździłam metrem i zniosłam to dobrze, bez palpitacji serca, łez w oczach, bez kręcenia w głowie- do czego mogą zmusić człowieka obtarte stopki J tak mnie nogi od obtarc bolały i zeby iść do domu jak najszybciej i jak najkrócej pojechałam metrem. A tak to od środy 1/07 jeżdżę codziennie do pracy autobusem co też było dla mnie bardzo dużym przeżyciem i szokiem. Jednak nie było tak strasznie. Na szczęście nie mam przesiadek, mam blisko i szybko do pracy chyba to zapunktowało i przekonało mnie do próby pokonania lęków. Dałam radęJ
Szkoda tylko mi autka mojego, ze musi tak stać, ale Warszawa w korkach doprowadza mnie do szału. Z drugiej strony będzie to dla mnie oszczędnosć i finansowa i czasowa. Jak zwykle w życiu...coś za cośJ
P.S pszepraszam za błędy
Polecam tą piosenkę,ostatnio mnie „prowadzi” i ściska za serce
http://www.youtube.com/watch?v=-ojHWQrm4UM&feature=fvst
Zaliczenia przed sesją ciągnęły się i ciągnęły, a uczyć się w tygodniu po pracy to istna masakra. Ale póki co do przodu. Teraz sesja ruszyła pęłną parą -trochę w mało kozystnej chwili...przeprowadzki...kolejnej w moim życiu.
Myśleliśmy , że będzie szybko i bez bólu w końcu rzeczy nie mamy tak dużo...a tu muka! Mamy tyle rzeczy, że przeprowadzka nie miała końca. Ile to trzeba było się nadzwigać, najeździć. Dobrze, że to już przeszłość. Teraz mieszkamy w ścisłym centrum, gdzie hałas i duchota jest okropna, ale do zniesienia przez inne uroki mieszkania i okolicy.
1 czerwca minęła mi klejna rocznica niewymiotowania. Kolejny rok, który uświadamia mi, że 3 lata minęły jak jeden dzień, kolejny rok, który jest moim zwycięstwem z chorobą.
W każdym razie anoreksja zawsze we mnie będzie, ale to, że umiem nad nią zapanować jest dla mnie wielkim sukcesem. Nie chce już myśleć co było, co będzie, nie planuje na zaś. Co jest mi pisane to to mnie spotka.
Zaczynam żyć tak jak zawsze chciałam i powinnam. Pracuje, studiuję, dbam o dom, o Jaśka, o samą siebie, spełniam swoje zachcianki, dążę do celu małymi kroczkami, myślę pozytywnie, nie załamuję się, chodzę na taniec, chodzę na spacery co jeszcze do niedawna było wielkim wyzwaniem.
Wczoraj pierwszy raz od ponad 2 lat jeździłam metrem i zniosłam to dobrze, bez palpitacji serca, łez w oczach, bez kręcenia w głowie- do czego mogą zmusić człowieka obtarte stopki J tak mnie nogi od obtarc bolały i zeby iść do domu jak najszybciej i jak najkrócej pojechałam metrem. A tak to od środy 1/07 jeżdżę codziennie do pracy autobusem co też było dla mnie bardzo dużym przeżyciem i szokiem. Jednak nie było tak strasznie. Na szczęście nie mam przesiadek, mam blisko i szybko do pracy chyba to zapunktowało i przekonało mnie do próby pokonania lęków. Dałam radęJ
Szkoda tylko mi autka mojego, ze musi tak stać, ale Warszawa w korkach doprowadza mnie do szału. Z drugiej strony będzie to dla mnie oszczędnosć i finansowa i czasowa. Jak zwykle w życiu...coś za cośJ
P.S pszepraszam za błędy
Polecam tą piosenkę,ostatnio mnie „prowadzi” i ściska za serce
http://www.youtube.com/watch?v=-ojHWQrm4UM&feature=fvst
Subskrybuj:
Posty (Atom)