piątek, 30 listopada 2007
Otworzyłam oczy...Boże, nie chce umierać!!!
...miałam w swoim młodym życiu w ostatnim roku 5 stanów przed zawałowych, anemię, awitaminozę, moje ciało nie miało energii się ogrzać, zjazdy cukrowe, trzęsienie rąk, zakażenia, bóle kości i stawów, bezsenność, zanik miesiączki na rok, odwodnienie, przestała pracować trzustka, nie wydolność wątroby, wypadanie włosów, bezsenność, skurcze mięśni....
wiedziałam, że jest źle, ale na prawdę mnie to nie ruszało.
Przyzwyczaiłam się do tego, że jestem taka słaba i w każdym momencie mogę paść i już nigdy nie wstać. I co z tego? I tak chciałam umrzeć.
Dużo razy chciałam nafaszerować się lekami, wiele razy miałam żyletkę w ręku, jadąc samochodem nie patrzyłam na przejazdy kolejowe, przechodząc przez ulicę czy tory wisiało mi wszystko! Teraz, nie wiem jak mogłam tak myśleć, jak mogłam zaprzepaścić szansę, którą dostałam, dar życia.
Kiedy zrozumiałam, że nie chcę umierać? ...kiedy dostałam kolejnego i ostatniego stanu przedzawałowego. Byłam sama na weekend. W nocy wyrwał mnie potworny ból i pieczenie w klatce piersiowej, płakałam z bólu. Nie przechodziło długo. Rano się obudziłam i potwornie bolało mnie serce i klatka piersiowa. Zjadłam zupę mleczną, ale cały czas strasznie bolało. Przestraszyłam się kiedy zdrętwiała mi cała lewa strona ciała. Nie mogłam ruszać ręką, barkiem. Noga tez odmawiała posłuszeństwa. Nigdzie nie dzwoniłam, aby nie denerwować rodziców, brata. Ledwo dowiozłam się do szpitala Bródnowskiego. Powiedzieli mi, że mam czekać, kobieta napisała: Kobieta 22 lata z silnymi bólami w klatce piersiowej, z bólami serca. Płakałam i czekałam 2 h nikt nie przyszedł. Jak poprosiłam o pomoc, pani powiedziała, że jest strajk i , że w ogóle nie powinnam przyjeżdżać do tego szpitala bo to nie mój rejon. Pierwszeństwo mają pacjęci z tego rejonu i ile mam czekać nie wie, muszą przyjąć wszystkich innych. Byłam wściekła!!! Wróciłam do domu. 2 dni przeleżałam zdrętwiała w domu, wegetując. W poniedziałek poszłam prywatnie do kardiologa. Pan doktor bardzo o mnie zadbał, naprawdę był zmartwiony. Powiedział, że nie jest dobrze, żebym zadbało o serce bo następnego razu może nie wytrzymać, że jeżeli będzie się coś działo to mam dzwonić, a on mi pomoże. Powiedział, że skoro lubię truskawki to żebym ich naprawdę bardzo dużo jadła, orzechów, owoców suszonych, czekolady i morele. Od tego momentu zaczęłam dbać o serduszko. Truskawki były świeże i pyszne, jadłam codziennie je z kluskami na obiad i same dopóki się nie skończył sezon. Zaczęłam jeść zupy mleczne nie z durnymi musli tylko z rodzynkami, migdałami, suszonymi śliwkami, sezamem, siemieniem i miodem. Od tamtej pory zaczęłam lepiej funkcjonować. Jak zaczynałam liczyć kalorie, mówiłam "Kurwa mać dość! Chcę żyć! Chcę aby serce zaczęło normalnie pracować!" Pełna mobilizacja, chociaż uwierzcie było ciężko!!!! Ona mnie nawet teraz nachodzi, ale już nie wygrywa, teraz to ja jestem silniejsza! Czasem dużo energii pochłania mnie ta walka z nią, ale robię wszystko aby nie dać jej wygrać!!!!....tbc
poniedziałek, 19 listopada 2007
....pilnowanie...koszmar dla Nas
teraz zaczęła się walka najbliższych o moje życie.
Terapia pomagała, ale mimo wszystko ja zawsze wiedziałam lepiej co dla mnie dobre. Jakież to było złudne!Terapia wiązała się z pewnymi zmianami. Musiałam się zgodzić na warunki innych co było bardzo trudne dla mnie i dla niej(dla anoreksji). Ana(tak ją nazywałam) nie chciała się na nic zgadzać. Mówiła ja jestem z Tobą i będę. Przecież dopuszczając pomoc do siebie robisz mi krzywdę. To były początki schizofrenii. Wszędzie ją widziałam, wiem jak wyglądała. Widziałam kiedy była szczęśliwa, kiedy płakała. Czułam i widziałam ją jak koło mnie siedzi. Jak się zbliża i kiedy walczyłam aby nie zwymiotować przybliżała się i chciała mnie przytulać, mówiła idź zwymiotuj. Tego potrzebujesz, będzie Ci dobrze, będziemy szczęśliwe. Kiedy zwymiotowałam ona była zadowolona, siedziała spokojnie. Jak nie zwymiotowałam to siedziała skulona i płakała. To nie są moje wymysły- tak naprawdę było.
W tedy psychiatra zwiększyła dawkę leków. Pomagało.
Jednak to, że chudłam wiązało się z podpisaniem umowy między mną a Panią Olą, że zrobimy wszystko aby najpierw nie chudnąć i utrzymywać wagę. Podpisałam się pod tym bo chciałam pomocy. W trakcie leczenia przyniosło to efekt bo nie chudłam. Ale problem brania czegoś do ust był nadal tak wielki. Ta ciągła analiza. Na nowo uczyłam się jeść, było i jest nadal to bardzo trudne. Zaczął się okres pilnowania mnie prawie na każdym kroku po zjedzeniu, nikt mi nie ufał i w cale się nie dziwię. Nie na widziałam jeść przy kimś!!!! Mama patrzyła jak jem i jak już zjadałam swój przydział, który ja sobie zakładałam czyli np. skórka od chleba, sucharek z miodem, 4 łyżki klusek z serkiem waniliowym i rodzynkami, 100g chocapica z serkiem waniliowym, szklanka kiślu...nie spuszczano mnie na krok przez 1,5 h. To był dramat dla mnie. Zachowywałam się jak opętana, płakałam, walczyłam z trzymaniem, błagałam "puść mnie mamo, pozwól mi pójść do toalety, ja muszę, czemu mnie tak krzywdzisz!nie kochasz mnie?jak byś mnie kochała to byś mi pozwoliła!." Mama płakała, ale nie zgadzała się na puszczenie mnie, mój były chłopak(już nie jesteśmy razem z czego się cieszę) był wytrwały i pilnował mnie strasznie. Wierzyli, że jem jak widzieli na własne oczy. Mama wierzyła w te kity , które jej wkładałam, ufała mi strasznie. Jak tylko mówiłam, że sama pójdę się wykąpać robiłam piane, wchodziła patrzyła na mnie, ja się uśmiechałam, ona mówiła cieszę się, że tak spokojnie się myjesz. Wychodziła, a ja wkładałam palce i wymiotowałam do wanny pod pianę. Albo patrzyła co robię w pokoju, ja mówiłam, że wszystko dobrze, uśmiechała się, mówiła,że mnie kocha wychodziła a ja wyciągałam siatkę i wymiotowałam. Jak się dowiedziała, że żygam do wanny to ochrona była zwiększona. Walczyłam z nimi. Potrafiłam płakać przez te 1,5h skulona w kącie czy pochylona na klęczkach błagając aby mnie póścili.
Potem zaczęło się, że pani Ola powiedziała, aby wynajdować mi zajęcia. Naprawdę pomagało. Jak zjadałam to mama dawała mi jakieś roboty: obieranie warzyw, oglądanie fajnego programu, zagadywała mnie, mój były to samo, a to gra on-line, a to film itd. Potem sama się nauczyłam po zjedzeniu robiłam 1000 rzeczy które mnie zajmowały i dzięki temu nie chodziłam zwracać po zjedzeniu.
Znalazłam swoją zabawę, miałam piłeczkę antystresową i przez 2 godziny non stop mogłam walić nią w ścianę.
Czasem zdażało się, że musiałam zjeść sama(bo musiałam wyjść na uczelnię) to miałam porozwieszane kartki tam tylko gdzie sięgał mój wzrok . Napisane na nich było: "Jesteś silna! Bądź silna!".Pomagało, a byłam z tego jeszcze bardziej dumna bo te katreczki wymyśliłam sama:).
Potem jadłam w tedy jak ktoś był przy mnie inaczej nie było mowy, bo nie chciałam wymiotować a wiedziałam, że przy pilnowaniu mam większą szansę nakarmić wygłodzony żołądek i siebie i nie zwrócić tego. Potem liczyłam każdy dzień jak nie wymiotowałam, 5 dni to był duży sukces. Potem 7 dni, 14dni. Dużo razy zaczynałam liczyć od początku...ale teraz już nie liczę od początku 4 miesiące!To cudowne! Teraz nie lubię jeść sama! W tedy nie chcę jeść bo cały czas się boję, że mogę się nie opanować sama w domu i się wyżygać! Teraz jak zjem to nie idę do toalety przynajmniej przez 45min, żyję obawą, ale to przynosi efekt:) potrafię powiedzieć Jaśkowi, że: "muszę do toalety, ale teraz nie mogę, więc poczekajmy jeszcze ".
Kolejna podpisana umowa z psycholożką to taka która mówi, że aby dostać okres muszę mieć co najmniej 47 kg, jak przytyłam do 45-46 dostałam okres i teraz już go mam regularnie. Ważę teraz 47-48kg. Naprawdę bardzo jest trudno utrzymać wagę, aby nie chudnąć, mi się to zdarza ale chcę trzymać się jak na razie tych 47-48kg. Przytyć jest jeszcze trudniej. Teraz z całą świadomością mogę powiedzieć, że "łatwiej jest schudnąć niż przytyć".
Ogólne założenie moje to 49-50 zaś psycholożki 52-54 na co na razie się nie zgadzam....
czwartek, 15 listopada 2007
.... a potem było już tylko gorzej....

Ja i anoreksja...same
po tych wszystkich przeżyciach miałam rodzinę, chłopaka i Ewelinę.
Reszta przyjaciół odwróciła się ode mnie, nawet moja przyjaciółka jeszcze z podstawówki.
Kaśka była od podstawówki moją powierniczką, jednak kiedy zachorowałam odwróciła się ode mnie po ponad roku skontaktowała się ze mną i jedyne co powiedziała to, żebym jej wybaczyła, że zawsze o mnie myślała, że śniłam się jej,że bała się kontaktu ze mną, tego jaka jestem i co mówię. Powiedziała, że "anorektyczki się zmieniają i nie wiadomo jak z nimi rozmawiać" moim zdaniem tak nie mówi przyjaciółka. Nie wybaczyłam jej, nie ma już przyjaźni bo mam żal- w najgorszym momencie mojego życia jej nie było.
Zaczęłam sama szukać pomocy, dzwoniłam po ośrodkach pomocy osobą z zaburzeniami odżywiania, ponieważ nie miałam pieniędzy szukałam pomocy społecznie np. na Sobieskiego, faktycznie przyjęli mnie na rozmowę, jeden psycholog usłyszał moje ostatnie przeżycia i skierował mnie do innego psychologa od zaburzeń odżywiania, termin był za 4 tygodnie, bo są urlopy! Ja proszę o pomoc i każą czekać. Zaoferowali mi kolejnego psychologa, podobno jakaś Pani, która ma mi pomóc czekałam 2 tygodnie. Przyszłam do ośrodka z mamą i powiedzieli mi, że wizyta jest odwołana. Byłam zrozpaczona, zła, wściekła, bezradna! Wszędzie piszą o pomocy a tak naprawdę jej nie dostajesz. Poszłam prywatnie do psychiatry, kolejny lekarz słuchał mojej Historii i tego jak to jest z tym moim jedzeniem i wagą. Diagnoza: skierowanie do szpitala psychiatrycznego. W skierowaniu było napisane, że potrzebna jest mi pomoc, ale na szczęście nie przejawiam tego, że myślę o samobójstwie...no i bingo bo w tedy jeszcze nie chciałam się ciąć i faszerować lekami, żeby się zabić i nie obudzić już nigdy. Kolejne skierowanie mnie do psychologa do Amedisu (nie polecam) tam dostałam "niby" pomoc. Zaufałam tej psycholożce. Cały czas chciała abym poszła do szpitala. Jednak ja chciałam walczyć sama bo praca (tutaj już nowa, świetna praca)bo studia, uważałam, że szpital to ostateczność. Chodziłam do niej 2 miesiące, buntowała mnie przeciw rodzicom, że powinnam się wynieść z domu. Kazała prowadzić mi dziennik żywieniowy i go analizowała(tu chwała jej za to). Potem powiedziała, że jak jeszcze raz nie napisze swojego dnia żywieniowego to nie będzie mi pomagać. Pisałam dziennik, jednak nadal się jeszcze bardziej głodziłam, chudłam 38kg. Powiedziała, że jak schudnę to nie chce mnie leczyć. Już nie czułam w niej jakiego kol wiek oparcia. Zrezygnowałam z jej leczenia.
Przerwa w terapii pogrążała, każdego dnia coraz gorzej. Moja przełożona w pracy podała mi adres www do ośrodka pomagającego anorektyczkom. Bardzo jej dziękuję za to. Ona pierwsza wiedziała, że ze mną jest źle, że się wymiotuje. Najpierw mówiłam, że nie, ale Ania wiedziała co się ze mną dzieje. Zadzwoniłam do MABORU, umówiłam się z lekarzem psychiatrą. Wspaniała kobieta. Była bardzo stanowcza, konkretna. Silna osobowość, która mnie mobilizowała. Skierowała mnie do pani Oli, która jest do tej pory moją terapeutką....od roku:). Obie Panie mi pomagają.
W Maborze poczułam ciepło i to, że trafiłam w dobre ręce w ostatnim momencie.
Opowiadałam o sobie, o chorobie, o jedzeniu. Pani Ola wszystko mi tłumaczyła, dawała zadania do wykonania, żeby zrozumieć siebie. Pisałam dziennik i pamiętnik z chęcią. Zaznaczałam kiedy wymiotowałam "-" a kiedy zatrzymałam jedzenie "+". Notoryczne były "-", ale z tygodnia na tydzień jak teraz patrzę to coraz mniej"-"(teraz już od ponad 3 miesięcy nie ma ani jednego minusa- jestem z tego dumna, naprawdę dumna).
Najgorsze było to, że tylko w pracy byłam zadowolona, uśmiechnięta. Tylko w pracy czułam się dobrze i przede wszystkim potrzebna. Tutaj miałam oparcie w ludziach. Nikt mnie nie poniżał. Wszyscy mnie szanowali. Lubili mnie widzieć. Zawsze słyszałam dobre, ciepłe słowa.
Jak wracałam do domu to zaczynał się horror.
Ona ogarnęła całą mnie. W domu zamykałam się, nie chciałam rozmawiać, byłam nie miła, byłam zimna, bez uczuć. Wyrazu twarzy też nie miałam...twarz kamienna. Mama tolerowała moje humory, była sama bo tata nie był dla niej wsparciem, nigdy nie rozumiał mojej choroby. Mówił, że jestem głupia, że media mi poprzestawiały w głowie, że mnie pojebało. Mówił tak:" Jezu jaka ty chuda jesteś, ohydna, kto Cię będzie chciał? Jak chcesz umierać to umieraj. Umrzesz ja popłaczę miesiąc, mama 3 miesiące i żyć będą dalej". Mama była zrozpaczona, nie umiała mi pomóc, chciała dobrze a popełniała błędy. A ja tylko byłam wiecznie zła, rozpłakana, okropna i nieznośna-teraz to wiem i świadomie mówię bo w tedy myślałam, że jest wszystko ok.
Nikt nie miał na mnie wpływu, robiłam co chciałam. Nie wiem jak by mnie pilnowali to i tak wymiotowałam. Nie wiedzieli nawet kiedy. Wymiotowanie do zlewu, do siatek plastikowych, do kosza na śmieci, do krzaków, do umywalki, do wanny przecież nie wpadli na to, że pod pianą kryją się moje przepraszam za wyrażenie "żygi". To było ohydne i obrzydliwe, ale tak było. Anoreksja poniżała mnie codziennie najbardziej. Bo kąpiel w wannie z zawartością żołądka to nie spa!!!!!
Zaczęłam wymiotować krwią, notorycznie. Nawet to mnie nie opamiętało. Okresu już od dawna nie miałam. Skóra sino - zielona, trzęsienie rąk, straszne wypadanie włosów, paznokcie jak papier, bezsenność. Niewydolność nerek i wątroby. Anemia. Stany przed zawałowe itd...
Poszłam do gastrologa zrobił mi badanie i powiedział, że jak się nie opamiętam to zaraz będę miała cały za wrzodziały przewód pokarmowy. Powiedział jest jeszcze szansa, żeby się nie wykończyć. Trochę to do mnie dotarło.
Pani Ola rozmawiała z mamą powiedziała, żeby mnie pilnować do 1,5 h po zjedzeniu...czy to było dobre? cdn....
poniedziałek, 12 listopada 2007
Powrót z Olsztyna, podjęcie pracy...
Niepowodzenie, porażka w Olsztynie spowodowała, że chciałam jak najszybciej zdobyć pracę, aby mieć zajęcie i nie siedzieć w domu bezproduktywnie.
Po 2 tygodniach już miałam pracę z której byłam na początku zadowolona, praca ze zwierzętami, super ludzie, którzy ciepło mnie przyjęli. Byłam zadowolona.
Jednak życie zaczynało się komplikować, ponieważ związek /5 letni/ z moją szkolną miłością przez Olsztyn totalnie się popsuł doszłam do wniosku, że najlepiej się rozstać. Stwierdziłam: mam pracę więc będzie dobrze, zajmę myśli. Jednak decyzja ta sprawiła, że zostałam zupełnie sama, bez oparcia, nie miałam celu, tak bardzo chciałam kochać i być kochaną. Szukałam miłości...
Pewnego dnia pojawił się on...ukucie w sercu, ciemno przed oczami i niesamowita euforia, że chciał ze mną porozmawiać. Poprosił o telefon, zadzwonił poprosił o spotkanie. Trochę mnie zaczarował. Wszystko strasznie szybko się potoczyło, nie wiem kiedy straciłam swój rozsądek, siłę i życiową mądrość.
Wszystko układało się naprawdę jak w bajce...myślałam, że może po fali niepowodzeń w końcu mam troszkę szczęścia.
Herbatka, obiad, którego nie musiałam sama robić tylko pierwszy raz w życiu to on mi robi, odprowadzanie i przyprowadzanie z pracy, dzwonienie i długie rozmowy telefoniczne...myśla
łam rany, jemu naprawdę zależy...
Kiedy stwierdziłam, że zacznę o siebie dbać tzn zdrowiej się odżywiać zapytacie dlaczego? pigułki antykoncepcyjne zrujnowały mi gospodarkę hormonalną, zaczęłam mieć straszne problemy zdrowotne, zatrzymywanie wody, ciągła senność, tycie to wykańczało... dlatego po powrocie zaczęłam pić soki, jeść ciemne pieczywo, pic mleko i jeść nabiał, owoce, warzywa...
efekt był już po 3 tygodniach..woda spadła, 10 kg mniej, lżej i cudownie. Byłam taka jak wcześniej.
Jednak "on" uważał, że jak tyle zrzuciłam to mogę dalej to kontynuować, mówił mi co mam jeść i w jakich ilościach- a ja mówiłam sobie rany ale on ma wiedzę, będę na pewno zdrowsza, piękniejsza.
Potem doszły kwestie sportu, że powinnam biegać, ćwiczyć, że on będzie razem ze mną. I co zrobiłam stwierdziłam czemu nie...znów zauważalne były efekty spadku wagi. Któregoś dnia wyjął wagę, stwierdził, że mnie zważy, faktycznie 52kg, jakaś tam zawartość wody i tłuszczu chyba 16% a on powiedział, że powinnam zejść z %tłuszczu do co najmniej 10% no i taki założyłam sobie cel. Zaczęło się analizowanie w sklepach zawartości tłuszczu, szukanie produktów "light", zmiana pieczywa na niby lepsze na WASE, zrezygnowanie z masła, jakich kolwiek słodyczy, mięsa. Codziennie eliminowałam produkty z jadłospisu. Picie soków też odeszło po tym jak powiedział, że litr soku to 520 kalorii a przecież masz założenie 1200 kalorii! Zaczęłam pić wodę, przestałam słodzić i piłam tylko te herbatki odchudzające Slim F....
Naprawdę zaczęłam szybko spadać z wagi do 2 kg tygodniowo, efekty były zauważalne a waga nie kłamała, codziennie mnie ważył i zapisywał dane pokazując mi, że chudnę! ...potem już było tylko gorzej..../ale to dopiero początek/
piątek, 9 listopada 2007
Pytanie czemu własny Blog?
Dziś jest ten dzień kiedy odważyłam się stworzyć swojego bloga i pisać o najgorszych przeżyciach w życiu. Teraz potrafię się przyznać tak jestem anorektyczką...mimo, że nie wymiotuję od 3 miesięcy i przytyłam to dopóki nie zakończę terapi będę nadal chora. Tak samo wiem, że już zawsze będę miała piętno anoreksji na sobie, że zawsze będzie ona tkwiła głęboko we mnie, jednak nie zamierzam się poddać i będę żyć normalnie. Tyle wytrzymałam, tak dużo osiągnęłam, że nie przyjmuję do wiadomości, że może być jeszcze inaczej. Gorzej już być nie może!!!
...myślę, że z biegiem czasu powoli będę zapominać o chorobie i tym co przeżywałam...
Wydawało by się...
Kocham swoich rodziców i bardzo ich szanuję, za to jak mnie wychowali i jacy dla mnie byli.
Jednak dopiero teraz kiedy mam 22 lata mogę powiedzieć, że jednak to jacy byli i czym kierowali się w wychowaniu mnie i brata nie zawsze było słuszne.
Mama moja, jest ciepłą i kochaną osobą, opiekuńczą i bardzo wrażliwą. Nad wyraz dobrą. To mama zawsze broniła mnie (i brata oczywiście) przed rygorem ojca dyktatora, przed krzykiem, przed obrażaniem Nas. Zawsze stała po stronie dzieci i przez to sama miała konflikty z tatą.
Ja pamiętam jak strasznie się kłucili, jak na siebie krzyczeli, obrażali siebie na wzajem...wszystko to dokładnie pamiętam( siedziałam w tedy w pokoju lub udawałam, że śpię)- nie raz płakałam bo się bałam. Nie mogłam przyprowadzać koleżanek, zawsze musiałam patrzeć czy mam czyste buty, czy woda z kranu nie kapie, czy światło się gdzieś nie pali, czy mam porządek w szafkach, czy mogę wziąść jakąś rzecz( te odkładanie w te samo miejsce było totalnie idiotyczne). Jednak to akceptowałam...dopóki nie poszłam do Technikum. W wieku 17 lat zaczęło się z kim mogę się spotyksć, jakiego chłopaka mogę mieć, czy mogę wyjść, o której mam wrócić, o której mam suszyć włosy, myć się, kiedy mam włączać wentylator aby para nie niszczyła szafek kuchennych, ciągłe gadanie o noszeniu kapci, krytykowanie mnie w każdym aspekcie życia przez ojca. Ciągłe czepianie się i notoryczne epitety "jesteś głupia", beznadziejna, do niczego w życiu nie dojdziesz i nic nie osiągniesz!!! Oczywiście nie było mowy o jakiej kolwiek obronie!!!Nie mogłam nic powiedzieć! a jak płakałam to epitety były jeszcze gorsze. Tak było prawie notorycznie, taki rytuał poniżania swojej córki!
Co kolwiek bym nie zrobiła, jak bym nie postąpiła było źle! Mama mnie broniła ale wiadomo jak to się kończyło.
W Technikum byłam najlepsza, czerwony pasek, świetmnie zdana matura- jednak chciałabym podkreślić, że nie byłam kujonem, miałam swoją paczkę, byłam normalną zwariowaną Julką. Po maturze nie usłyszałam, że "córciu jestem z Ciebie dumny" to było przykre, ale przez tyle lat można przywyknąć.
Potem już było tylko gorzej...bezrobocie ojca, zaczał jeszcze bardziej pić, palić stał się tyranem domu, nieznośnym.
Przestaliśmy z bratem przebywać w domu...tak w sumie jest do tej pory...
Potem poszłam na studia do Olsztyna, zrobiłam sobie tatuaż- w tedy ojciec już kompletnie nie miał do mnie szacunku. Do tej pory nie wiem jak można tak poniżać swoje dzieci, jak można nazywać je "kurwami", "pasożytami", śmieciami", "nie udacznikami", "dziwkami" itd...
Zrezygnowałam ze studiów, tam było mi poprostu źle, obcy ludzie, nowe miasto, bez ukochanego psa, zostawienie przyjaciół, chłopaka...miałam tam tylko Ewelinę- moją przyjaciółkę z technikum, razem byłyśmy ale razem cierpiałyśmy z dala od Naszego miasta i przyjaciół.
Po powrocie z Olsztyna po 2 tygodniach znalazłam pracę... i tutaj zaczyna się historia mojej choroby.... cdn