.... zaczyna się zmaganie z chorobą, okrutna, długa walka.
po tych wszystkich przeżyciach miałam rodzinę, chłopaka i Ewelinę.
Reszta przyjaciół odwróciła się ode mnie, nawet moja przyjaciółka jeszcze z podstawówki.
Kaśka była od podstawówki moją powierniczką, jednak kiedy zachorowałam odwróciła się ode mnie po ponad roku skontaktowała się ze mną i jedyne co powiedziała to, żebym jej wybaczyła, że zawsze o mnie myślała, że śniłam się jej,że bała się kontaktu ze mną, tego jaka jestem i co mówię. Powiedziała, że "anorektyczki się zmieniają i nie wiadomo jak z nimi rozmawiać" moim zdaniem tak nie mówi przyjaciółka. Nie wybaczyłam jej, nie ma już przyjaźni bo mam żal- w najgorszym momencie mojego życia jej nie było.
Zaczęłam sama szukać pomocy, dzwoniłam po ośrodkach pomocy osobą z zaburzeniami odżywiania, ponieważ nie miałam pieniędzy szukałam pomocy społecznie np. na Sobieskiego, faktycznie przyjęli mnie na rozmowę, jeden psycholog usłyszał moje ostatnie przeżycia i skierował mnie do innego psychologa od zaburzeń odżywiania, termin był za 4 tygodnie, bo są urlopy! Ja proszę o pomoc i każą czekać. Zaoferowali mi kolejnego psychologa, podobno jakaś Pani, która ma mi pomóc czekałam 2 tygodnie. Przyszłam do ośrodka z mamą i powiedzieli mi, że wizyta jest odwołana. Byłam zrozpaczona, zła, wściekła, bezradna! Wszędzie piszą o pomocy a tak naprawdę jej nie dostajesz. Poszłam prywatnie do psychiatry, kolejny lekarz słuchał mojej Historii i tego jak to jest z tym moim jedzeniem i wagą. Diagnoza: skierowanie do szpitala psychiatrycznego. W skierowaniu było napisane, że potrzebna jest mi pomoc, ale na szczęście nie przejawiam tego, że myślę o samobójstwie...no i bingo bo w tedy jeszcze nie chciałam się ciąć i faszerować lekami, żeby się zabić i nie obudzić już nigdy. Kolejne skierowanie mnie do psychologa do Amedisu (nie polecam) tam dostałam "niby" pomoc. Zaufałam tej psycholożce. Cały czas chciała abym poszła do szpitala. Jednak ja chciałam walczyć sama bo praca (tutaj już nowa, świetna praca)bo studia, uważałam, że szpital to ostateczność. Chodziłam do niej 2 miesiące, buntowała mnie przeciw rodzicom, że powinnam się wynieść z domu. Kazała prowadzić mi dziennik żywieniowy i go analizowała(tu chwała jej za to). Potem powiedziała, że jak jeszcze raz nie napisze swojego dnia żywieniowego to nie będzie mi pomagać. Pisałam dziennik, jednak nadal się jeszcze bardziej głodziłam, chudłam 38kg. Powiedziała, że jak schudnę to nie chce mnie leczyć. Już nie czułam w niej jakiego kol wiek oparcia. Zrezygnowałam z jej leczenia.
Przerwa w terapii pogrążała, każdego dnia coraz gorzej. Moja przełożona w pracy podała mi adres www do ośrodka pomagającego anorektyczkom. Bardzo jej dziękuję za to. Ona pierwsza wiedziała, że ze mną jest źle, że się wymiotuje. Najpierw mówiłam, że nie, ale Ania wiedziała co się ze mną dzieje. Zadzwoniłam do MABORU, umówiłam się z lekarzem psychiatrą. Wspaniała kobieta. Była bardzo stanowcza, konkretna. Silna osobowość, która mnie mobilizowała. Skierowała mnie do pani Oli, która jest do tej pory moją terapeutką....od roku:). Obie Panie mi pomagają.
W Maborze poczułam ciepło i to, że trafiłam w dobre ręce w ostatnim momencie.
Opowiadałam o sobie, o chorobie, o jedzeniu. Pani Ola wszystko mi tłumaczyła, dawała zadania do wykonania, żeby zrozumieć siebie. Pisałam dziennik i pamiętnik z chęcią. Zaznaczałam kiedy wymiotowałam "-" a kiedy zatrzymałam jedzenie "+". Notoryczne były "-", ale z tygodnia na tydzień jak teraz patrzę to coraz mniej"-"(teraz już od ponad 3 miesięcy nie ma ani jednego minusa- jestem z tego dumna, naprawdę dumna).
Najgorsze było to, że tylko w pracy byłam zadowolona, uśmiechnięta. Tylko w pracy czułam się dobrze i przede wszystkim potrzebna. Tutaj miałam oparcie w ludziach. Nikt mnie nie poniżał. Wszyscy mnie szanowali. Lubili mnie widzieć. Zawsze słyszałam dobre, ciepłe słowa.
Jak wracałam do domu to zaczynał się horror.
Ona ogarnęła całą mnie. W domu zamykałam się, nie chciałam rozmawiać, byłam nie miła, byłam zimna, bez uczuć. Wyrazu twarzy też nie miałam...twarz kamienna. Mama tolerowała moje humory, była sama bo tata nie był dla niej wsparciem, nigdy nie rozumiał mojej choroby. Mówił, że jestem głupia, że media mi poprzestawiały w głowie, że mnie pojebało. Mówił tak:" Jezu jaka ty chuda jesteś, ohydna, kto Cię będzie chciał? Jak chcesz umierać to umieraj. Umrzesz ja popłaczę miesiąc, mama 3 miesiące i żyć będą dalej". Mama była zrozpaczona, nie umiała mi pomóc, chciała dobrze a popełniała błędy. A ja tylko byłam wiecznie zła, rozpłakana, okropna i nieznośna-teraz to wiem i świadomie mówię bo w tedy myślałam, że jest wszystko ok.
Nikt nie miał na mnie wpływu, robiłam co chciałam. Nie wiem jak by mnie pilnowali to i tak wymiotowałam. Nie wiedzieli nawet kiedy. Wymiotowanie do zlewu, do siatek plastikowych, do kosza na śmieci, do krzaków, do umywalki, do wanny przecież nie wpadli na to, że pod pianą kryją się moje przepraszam za wyrażenie "żygi". To było ohydne i obrzydliwe, ale tak było. Anoreksja poniżała mnie codziennie najbardziej. Bo kąpiel w wannie z zawartością żołądka to nie spa!!!!!
Zaczęłam wymiotować krwią, notorycznie. Nawet to mnie nie opamiętało. Okresu już od dawna nie miałam. Skóra sino - zielona, trzęsienie rąk, straszne wypadanie włosów, paznokcie jak papier, bezsenność. Niewydolność nerek i wątroby. Anemia. Stany przed zawałowe itd...
Poszłam do gastrologa zrobił mi badanie i powiedział, że jak się nie opamiętam to zaraz będę miała cały za wrzodziały przewód pokarmowy. Powiedział jest jeszcze szansa, żeby się nie wykończyć. Trochę to do mnie dotarło.
Pani Ola rozmawiała z mamą powiedziała, żeby mnie pilnować do 1,5 h po zjedzeniu...czy to było dobre? cdn....
czwartek, 15 listopada 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz