piątek, 30 listopada 2007

Otworzyłam oczy...Boże, nie chce umierać!!!

Terapia cały czas trwała ( i nadal trwa). W tedy tak na prawdę żyłam wizytami, liczyłam dni do następnej. Zawsze miałam zrozumienie i pomoc. Nikt w domu nie rozumiał mojej choroby, nadal uważają, że to jest wymysł, "wkręcenie", wmawianie sobie. Mama moja uważa, że jestem całkowicie zdrowa i nie chce płacić za leczenie. Ona uważa, że jak nie wymiotuję to wszystko jest w porządku! A nie jest! Jak było ze mną źle to płakała, a nawet się modliła, a teraz jak jej powiem, że walczyłam z nią (z chęcią zwymiotowania) ona mówi, je tego nie rozumiem, może ty sobie to po prostu wymyślasz! Jak można walczyć sama z sobą!? W tedy odechciewa mi się jakiej kol wiek rozmowy z nią. Szkoda, że czasami tak płytko myśli. Już przestałam jej mówić, że jest mi jeszcze czasami źle, że potrzebuję terapii, że jeszcze to nie koniec...bez sensu strzępić język...ona już tego nie zrozumie. Dlatego teraz o moich obawach, strachu, walce żeby nie zwymiotować wie tylko mój Jasiek, Ewelina i Ania (Blue).
...miałam w swoim młodym życiu w ostatnim roku 5 stanów przed zawałowych, anemię, awitaminozę, moje ciało nie miało energii się ogrzać, zjazdy cukrowe, trzęsienie rąk, zakażenia, bóle kości i stawów, bezsenność, zanik miesiączki na rok, odwodnienie, przestała pracować trzustka, nie wydolność wątroby, wypadanie włosów, bezsenność, skurcze mięśni....
wiedziałam, że jest źle, ale na prawdę mnie to nie ruszało.
Przyzwyczaiłam się do tego, że jestem taka słaba i w każdym momencie mogę paść i już nigdy nie wstać. I co z tego? I tak chciałam umrzeć.
Dużo razy chciałam nafaszerować się lekami, wiele razy miałam żyletkę w ręku, jadąc samochodem nie patrzyłam na przejazdy kolejowe, przechodząc przez ulicę czy tory wisiało mi wszystko! Teraz, nie wiem jak mogłam tak myśleć, jak mogłam zaprzepaścić szansę, którą dostałam, dar życia.
Kiedy zrozumiałam, że nie chcę umierać? ...kiedy dostałam kolejnego i ostatniego stanu przedzawałowego. Byłam sama na weekend. W nocy wyrwał mnie potworny ból i pieczenie w klatce piersiowej, płakałam z bólu. Nie przechodziło długo. Rano się obudziłam i potwornie bolało mnie serce i klatka piersiowa. Zjadłam zupę mleczną, ale cały czas strasznie bolało. Przestraszyłam się kiedy zdrętwiała mi cała lewa strona ciała. Nie mogłam ruszać ręką, barkiem. Noga tez odmawiała posłuszeństwa. Nigdzie nie dzwoniłam, aby nie denerwować rodziców, brata. Ledwo dowiozłam się do szpitala Bródnowskiego. Powiedzieli mi, że mam czekać, kobieta napisała: Kobieta 22 lata z silnymi bólami w klatce piersiowej, z bólami serca. Płakałam i czekałam 2 h nikt nie przyszedł. Jak poprosiłam o pomoc, pani powiedziała, że jest strajk i , że w ogóle nie powinnam przyjeżdżać do tego szpitala bo to nie mój rejon. Pierwszeństwo mają pacjęci z tego rejonu i ile mam czekać nie wie, muszą przyjąć wszystkich innych. Byłam wściekła!!! Wróciłam do domu. 2 dni przeleżałam zdrętwiała w domu, wegetując. W poniedziałek poszłam prywatnie do kardiologa. Pan doktor bardzo o mnie zadbał, naprawdę był zmartwiony. Powiedział, że nie jest dobrze, żebym zadbało o serce bo następnego razu może nie wytrzymać, że jeżeli będzie się coś działo to mam dzwonić, a on mi pomoże. Powiedział, że skoro lubię truskawki to żebym ich naprawdę bardzo dużo jadła, orzechów, owoców suszonych, czekolady i morele. Od tego momentu zaczęłam dbać o serduszko. Truskawki były świeże i pyszne, jadłam codziennie je z kluskami na obiad i same dopóki się nie skończył sezon. Zaczęłam jeść zupy mleczne nie z durnymi musli tylko z rodzynkami, migdałami, suszonymi śliwkami, sezamem, siemieniem i miodem. Od tamtej pory zaczęłam lepiej funkcjonować. Jak zaczynałam liczyć kalorie, mówiłam "Kurwa mać dość! Chcę żyć! Chcę aby serce zaczęło normalnie pracować!" Pełna mobilizacja, chociaż uwierzcie było ciężko!!!! Ona mnie nawet teraz nachodzi, ale już nie wygrywa, teraz to ja jestem silniejsza! Czasem dużo energii pochłania mnie ta walka z nią, ale robię wszystko aby nie dać jej wygrać!!!!....tbc

Brak komentarzy: