teraz zaczęła się walka najbliższych o moje życie.
Terapia pomagała, ale mimo wszystko ja zawsze wiedziałam lepiej co dla mnie dobre. Jakież to było złudne!Terapia wiązała się z pewnymi zmianami. Musiałam się zgodzić na warunki innych co było bardzo trudne dla mnie i dla niej(dla anoreksji). Ana(tak ją nazywałam) nie chciała się na nic zgadzać. Mówiła ja jestem z Tobą i będę. Przecież dopuszczając pomoc do siebie robisz mi krzywdę. To były początki schizofrenii. Wszędzie ją widziałam, wiem jak wyglądała. Widziałam kiedy była szczęśliwa, kiedy płakała. Czułam i widziałam ją jak koło mnie siedzi. Jak się zbliża i kiedy walczyłam aby nie zwymiotować przybliżała się i chciała mnie przytulać, mówiła idź zwymiotuj. Tego potrzebujesz, będzie Ci dobrze, będziemy szczęśliwe. Kiedy zwymiotowałam ona była zadowolona, siedziała spokojnie. Jak nie zwymiotowałam to siedziała skulona i płakała. To nie są moje wymysły- tak naprawdę było.
W tedy psychiatra zwiększyła dawkę leków. Pomagało.
Jednak to, że chudłam wiązało się z podpisaniem umowy między mną a Panią Olą, że zrobimy wszystko aby najpierw nie chudnąć i utrzymywać wagę. Podpisałam się pod tym bo chciałam pomocy. W trakcie leczenia przyniosło to efekt bo nie chudłam. Ale problem brania czegoś do ust był nadal tak wielki. Ta ciągła analiza. Na nowo uczyłam się jeść, było i jest nadal to bardzo trudne. Zaczął się okres pilnowania mnie prawie na każdym kroku po zjedzeniu, nikt mi nie ufał i w cale się nie dziwię. Nie na widziałam jeść przy kimś!!!! Mama patrzyła jak jem i jak już zjadałam swój przydział, który ja sobie zakładałam czyli np. skórka od chleba, sucharek z miodem, 4 łyżki klusek z serkiem waniliowym i rodzynkami, 100g chocapica z serkiem waniliowym, szklanka kiślu...nie spuszczano mnie na krok przez 1,5 h. To był dramat dla mnie. Zachowywałam się jak opętana, płakałam, walczyłam z trzymaniem, błagałam "puść mnie mamo, pozwól mi pójść do toalety, ja muszę, czemu mnie tak krzywdzisz!nie kochasz mnie?jak byś mnie kochała to byś mi pozwoliła!." Mama płakała, ale nie zgadzała się na puszczenie mnie, mój były chłopak(już nie jesteśmy razem z czego się cieszę) był wytrwały i pilnował mnie strasznie. Wierzyli, że jem jak widzieli na własne oczy. Mama wierzyła w te kity , które jej wkładałam, ufała mi strasznie. Jak tylko mówiłam, że sama pójdę się wykąpać robiłam piane, wchodziła patrzyła na mnie, ja się uśmiechałam, ona mówiła cieszę się, że tak spokojnie się myjesz. Wychodziła, a ja wkładałam palce i wymiotowałam do wanny pod pianę. Albo patrzyła co robię w pokoju, ja mówiłam, że wszystko dobrze, uśmiechała się, mówiła,że mnie kocha wychodziła a ja wyciągałam siatkę i wymiotowałam. Jak się dowiedziała, że żygam do wanny to ochrona była zwiększona. Walczyłam z nimi. Potrafiłam płakać przez te 1,5h skulona w kącie czy pochylona na klęczkach błagając aby mnie póścili.
Potem zaczęło się, że pani Ola powiedziała, aby wynajdować mi zajęcia. Naprawdę pomagało. Jak zjadałam to mama dawała mi jakieś roboty: obieranie warzyw, oglądanie fajnego programu, zagadywała mnie, mój były to samo, a to gra on-line, a to film itd. Potem sama się nauczyłam po zjedzeniu robiłam 1000 rzeczy które mnie zajmowały i dzięki temu nie chodziłam zwracać po zjedzeniu.
Znalazłam swoją zabawę, miałam piłeczkę antystresową i przez 2 godziny non stop mogłam walić nią w ścianę.
Czasem zdażało się, że musiałam zjeść sama(bo musiałam wyjść na uczelnię) to miałam porozwieszane kartki tam tylko gdzie sięgał mój wzrok . Napisane na nich było: "Jesteś silna! Bądź silna!".Pomagało, a byłam z tego jeszcze bardziej dumna bo te katreczki wymyśliłam sama:).
Potem jadłam w tedy jak ktoś był przy mnie inaczej nie było mowy, bo nie chciałam wymiotować a wiedziałam, że przy pilnowaniu mam większą szansę nakarmić wygłodzony żołądek i siebie i nie zwrócić tego. Potem liczyłam każdy dzień jak nie wymiotowałam, 5 dni to był duży sukces. Potem 7 dni, 14dni. Dużo razy zaczynałam liczyć od początku...ale teraz już nie liczę od początku 4 miesiące!To cudowne! Teraz nie lubię jeść sama! W tedy nie chcę jeść bo cały czas się boję, że mogę się nie opanować sama w domu i się wyżygać! Teraz jak zjem to nie idę do toalety przynajmniej przez 45min, żyję obawą, ale to przynosi efekt:) potrafię powiedzieć Jaśkowi, że: "muszę do toalety, ale teraz nie mogę, więc poczekajmy jeszcze ".
Kolejna podpisana umowa z psycholożką to taka która mówi, że aby dostać okres muszę mieć co najmniej 47 kg, jak przytyłam do 45-46 dostałam okres i teraz już go mam regularnie. Ważę teraz 47-48kg. Naprawdę bardzo jest trudno utrzymać wagę, aby nie chudnąć, mi się to zdarza ale chcę trzymać się jak na razie tych 47-48kg. Przytyć jest jeszcze trudniej. Teraz z całą świadomością mogę powiedzieć, że "łatwiej jest schudnąć niż przytyć".
Ogólne założenie moje to 49-50 zaś psycholożki 52-54 na co na razie się nie zgadzam....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz