czwartek, 15 listopada 2007

.... a potem było już tylko gorzej....


ograniczanie kalorii stało się moją obsesją, tym, żyłam.

Potem "on" powiedział mi, że skoro mam ochotę zwymiotować to palce trzeba ułożyć tak i tak, przytrzymać do momentu odruchu zwracania..reszta już sama pójdzie.

Faktycznie miał rację, udało efekt i pamiątka po pierwszym zwymiotowaniu to 1.06.2006 piękny dzień dziecka sobie zafundowałam a prezent to wylew na oku. Jak pytano co mi jest to mówiłam, że się przedźwigałam. Udało się raz, potem drugi (choć na początku to bardzo bolało, pękały mi naczynka na twarzy, puchła twarz z przemęczenia i wysiłku) potem trzeci, czwarty, piąty, setny i kolejne...wymiotowanie stało się rutyną. Jak tylko co kol wiek zjadłam zostawało szybko i całkowicie zwrócone.

Nauczyłam się szybkiego wymiotowania, brałam wodę mineralną jak wypiłam szło bez problemu. Przestałam pić wodę, ona była potrzebna mi tylko do wymiotowania, przestałam pić herbatę, soki i inne napoje. Zaczęłam się odwadniać, ponieważ miałam "swój chory"schemat : rano o 6,30 kawa z mlekiem 0% i papieros, potem przez cały dzień nic i dopiero na noc jakiś sok light.

Z jedzeniem było podobnie: drastyczna eliminacja: pieczywa, pieczywa ryżowego, mięsa, masła, serów, owoców,warzyw wszystkiego. Przez 7 miesięcy jadłam to samo czyli: serek waniliowy i chocapic. Serek 200 gramowy dzielony był na dwa posiłki. Kiedy przesadzałam z chocapikiem i zjadłam o jedną łyżeczkę za dużo leciałam zwymiotować, zresztą później to już nie chodziło o łyżeczkę czy za dużo tylko o to, żeby pozbyć się jedzenia z żołądka. Później nawet zwymiotowywałam soki, herbatę wszystko co wzięłam do ust.

Mama już zauważała, że coś jest nie tak, tata też mówił, że jestem strasznie chuda, że mam zacząć normalnie jeść, ale mimo wszystko nie wiedzieli, że zaczął się koszmar anoreksji.

Później "on" mówił, że tylko on mi pomoże, że nie jestem chora, że nie muszę się leczyć, że jest ok, żebym nic nie mówiła rodzicom bo mimo całego nieszczęścia choroby chciałam pomocy.

Te cholerne rozmowy z nim kilku godzinne meetingi z nim, ograniczanie snu, kazanie słuchania tego co on chce mnie doprowadzały do szału. Nie mogłam oglądać telewizji, zamykał mnie w domu. Kiedyś pamiętam udało mi się od niego uciec, kiedy spał, nie wzięłam dokumentów od auta, kluczyków od domu więc zwymiotowałam w krzakach i zaczęłam biegać w nocy po Żoliborzu. Opadałam z sił, byłam zrozpaczona, ale "wolna" chwilę ta wolność potrwała, znalazł mnie. Jak go zobaczyłam zaczęłam uciekać, ale nie miałam siły, złapał mnie i zgarnął do domu. Potem te głupie gadanie, że czułam się winna, że on mnie kocha a ja tak się zachowuję. To co później się działo między mną a nim, to bardzo trudne i nie potrafię o tym pisać. Pomyślcie co można zrobić z osobą ważącą 42 kg, która nie ma siły nawet nosić siatki z zakupami? a on ważył ok 90 kg. Byłam bezsilna i bezbronna.

Pojechał ze mną na działkę tam wyszło, że jest psychicznym człowiekiem, który grozi mojemu tacie, który obraża moją mamę. Jeszcze telefon brata, że zginęły mu klucze od domu i ta lampka w mojej głowie rany moje od auta zginęły 2 tygodnie temu!!! Zaczęłam patrzeć na wszystko trzeźwiej(powiedziałam mamie o moim problemie z jedzeniem, płakała, była roztrzęsiona,nie wiedziała co robić) bo nie mógł mi nic dosypać, niczym nafaszerować. Powiedziałam, żeby się wynosił z mojego życia, byłam zrozpaczona, nie wiedziałam co robić. W głowie miałam moje cenne rzeczy u niego w domu, więc jak on zasnął(bo pił i nie mógł prowadzić, tata z mamą go pilnowali bo też bali się o siebie) o 3 rano z bratem pojechałam do jego mieszkania i zabrałam wszystkie swoje rzeczy, jak wróciłam na działkę powiałam mu żeby wracał do domu....tam dowiedział się, że to koniec. Potem dzwonił,pisał- ja nie chciałam go znać. Byłam pilnowana przez przyjaciół, brata, rodziców bali się, że zrobi mi krzywdę- był do tego zdolny. On się wyniósł z mojego życia, ale choroba została....


Brak komentarzy: