...że miałam bezstresowe dzieciństwo...tak tak się wydawało. To, że rodzice mnie nie bili, że miałam co jeść, że miałam zabawki, pasje, super wakacje, pieniądze, że miałam przyjacioł i praktycznie wszystko co chciałam sprawiało chwilową radość i beztroskę. Jednak do czasu... dziecko potrzebuje miłości w każdym etapie swojego życia, ciepłego słowa, zrozumienia i poświęconego czasu...
Kocham swoich rodziców i bardzo ich szanuję, za to jak mnie wychowali i jacy dla mnie byli.
Jednak dopiero teraz kiedy mam 22 lata mogę powiedzieć, że jednak to jacy byli i czym kierowali się w wychowaniu mnie i brata nie zawsze było słuszne.
Mama moja, jest ciepłą i kochaną osobą, opiekuńczą i bardzo wrażliwą. Nad wyraz dobrą. To mama zawsze broniła mnie (i brata oczywiście) przed rygorem ojca dyktatora, przed krzykiem, przed obrażaniem Nas. Zawsze stała po stronie dzieci i przez to sama miała konflikty z tatą.
Ja pamiętam jak strasznie się kłucili, jak na siebie krzyczeli, obrażali siebie na wzajem...wszystko to dokładnie pamiętam( siedziałam w tedy w pokoju lub udawałam, że śpię)- nie raz płakałam bo się bałam. Nie mogłam przyprowadzać koleżanek, zawsze musiałam patrzeć czy mam czyste buty, czy woda z kranu nie kapie, czy światło się gdzieś nie pali, czy mam porządek w szafkach, czy mogę wziąść jakąś rzecz( te odkładanie w te samo miejsce było totalnie idiotyczne). Jednak to akceptowałam...dopóki nie poszłam do Technikum. W wieku 17 lat zaczęło się z kim mogę się spotyksć, jakiego chłopaka mogę mieć, czy mogę wyjść, o której mam wrócić, o której mam suszyć włosy, myć się, kiedy mam włączać wentylator aby para nie niszczyła szafek kuchennych, ciągłe gadanie o noszeniu kapci, krytykowanie mnie w każdym aspekcie życia przez ojca. Ciągłe czepianie się i notoryczne epitety "jesteś głupia", beznadziejna, do niczego w życiu nie dojdziesz i nic nie osiągniesz!!! Oczywiście nie było mowy o jakiej kolwiek obronie!!!Nie mogłam nic powiedzieć! a jak płakałam to epitety były jeszcze gorsze. Tak było prawie notorycznie, taki rytuał poniżania swojej córki!
Co kolwiek bym nie zrobiła, jak bym nie postąpiła było źle! Mama mnie broniła ale wiadomo jak to się kończyło.
W Technikum byłam najlepsza, czerwony pasek, świetmnie zdana matura- jednak chciałabym podkreślić, że nie byłam kujonem, miałam swoją paczkę, byłam normalną zwariowaną Julką. Po maturze nie usłyszałam, że "córciu jestem z Ciebie dumny" to było przykre, ale przez tyle lat można przywyknąć.
Potem już było tylko gorzej...bezrobocie ojca, zaczał jeszcze bardziej pić, palić stał się tyranem domu, nieznośnym.
Przestaliśmy z bratem przebywać w domu...tak w sumie jest do tej pory...
Potem poszłam na studia do Olsztyna, zrobiłam sobie tatuaż- w tedy ojciec już kompletnie nie miał do mnie szacunku. Do tej pory nie wiem jak można tak poniżać swoje dzieci, jak można nazywać je "kurwami", "pasożytami", śmieciami", "nie udacznikami", "dziwkami" itd...
Zrezygnowałam ze studiów, tam było mi poprostu źle, obcy ludzie, nowe miasto, bez ukochanego psa, zostawienie przyjaciół, chłopaka...miałam tam tylko Ewelinę- moją przyjaciółkę z technikum, razem byłyśmy ale razem cierpiałyśmy z dala od Naszego miasta i przyjaciół.
Po powrocie z Olsztyna po 2 tygodniach znalazłam pracę... i tutaj zaczyna się historia mojej choroby.... cdn
piątek, 9 listopada 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz