czwartek, 25 grudnia 2008

listopad-grudzień 20080 skrót długiej nieobecnosci na blogu

Piałam, że u mnie dobrze, że świetnie i tak było…ale wiadomo sielanka nie może trwać wiecznie.
Jak huknął kryzys to aż ziemia się zatrzęsła. Jednak w takich właśnie chwilach wiem, że wygrywam z chorobą i wiem, że jestem bardzo silna. Już nie będę pisała szczegółowo, co aż takiego się działo, bo powinnam pisać o tym jak pewne sytuacje wpływają na mnie, na moje uczucia, na moje decyzje i na to czy coś mnie pcha do zwymiotowania czy nie.
Jakiś czas temu psycholożka moja powiedziała, że chyba już nie ma, co ze mną robić, że jest ze mną dobrze. Po 2 latach terapii usłyszałam, że odniosłam bardzo duży sukces. Jednak przyznam szczerze, że mimo tego nie zrezygnowałam z terapii i nadal chodzę, co 2 tygodnie na spotkania.
Dodatkowo odstawiłam leki, więc teraz radzę sobie całkowicie sama z tym, co mnie dotyka, otacza, przeraża i sprawia czasami niesamowity stres. To, co mogę powiedzieć to, że w ostatnim czasie miałam bardzo ciężki okres, cały czas płakałam i mocno się stresowałam, wszystko mnie przerastało (praca, szkoła, obowiązki domowe, a przede wszystkim przeokropne zmęczenie psychiczne)a mimo to nie poszłam do kibla się zwymiotować! Nigdzie nie poszłam zwymiotować! Czasem byłam tego bardzo bliska (ok. 3-4 razy mi się to zdarzyło na przestrzeni 6 miesięcy- szłam do toalety, związywałam włosy, wkładałam palce do buzi i chciałam wymiotować, jednak pierwszy mocny skurcz żołądka i łza wysiłku powodowała, że przestawałam- nie chciałam dalej tego kontynuować, nie chciałam tego czuć, nie chciałam nic zwracać, nie chciałam czuć pieczenia. W takich sytuacjach wiedziałam, że jestem silna, że znów wygrywam. Anoreksja przemija niestety jej piętno zawsze czuję, czasami o sobie przypomina i to w sytuacjach, kiedy jestem zrozpaczona i sama, a sytuacja, która powstaje powoduje, że muszę się z tym wszystkim zmierzyć zupełnie sama. To jest niesamowita walka samej z sobą, samej z anoreksją, samej z nawykami…
Kiedy ostatnio pokłóciłam się z Jaśkiem (o to, że wychodzi na spotkanie w nocy, beze nie, z osobą, której nie znam, w miejsce gdzie on sam nie wie gdzie idzie ) wpadłam w histerię (wstydzę się tego, takie zachowanie jest moją słabością jednak umiem to napisać, powiedzieć). 2 Godz płakałam, trzęsłam się, nie mogłam złapać oddechu, pokazywały się rozmaite obrazy z przeszłości, niesamowite wizje tego, co może się stać. Rzucałam rzeczami w domu, chciałam zadawać sobie ból fizyczny,(ale tego nie robię i nie zrobiłam). Walczyłam tym razem nie z toaletą, tylko z inną formą próby skatowania siebie, zadania sobie bólu. Niesamowite jest to, że po przemyśleniach doszłam do wniosku, że faktycznie jestem silna, że walczę, że nie wymiotuje i wiem, że wymiotować mi nie wolno i nie chce tego robić! Jednak z drugiej strony czasami czuje się zagrożona, bo nie wiem skąd ta forma próby zadawania sobie bólu- być może to przyzwyczajenie gdzieś tam we mnie zapisane. Wcześniej jak chciałam siebie ukarać to wymiotowałam, teraz już nie mogę się karać w ten sposób. To, co najbardziej mnie drażni w tym wszystkim to, że do wszystkich wniosków muszę dochodzić sama, że to ja muszę czasami tydzień myśleć, aby otrzymać odpowiedz….Grrrr a czasem chciałabym, aby ktoś mi powiedział, bo to jest tak i tak, przez to i przez to, masz robić tak i tak.

Obecnie jestem do końca tygodniu na zwolnieniu lekarskim. Odpoczywam i regeneruję siły. Ostatnio mój organizm odmawiał posłuszeństwa, bóle głowy, zawroty, duszności, trzęsienie rąk, mroczki, duże problemy ze snem i koncentracją, brak sił, brak witalności, rozkojarzenie i brak chęci do życia pchnęły mnie do lekarza, bo już nie dawałam rady…diagnoza mocne przemęczenie. Teraz czuje jak się regeneruję, choć ja oczywiście musze się czymś martwić,,,ehhh jak to ja…czym? Już sobie mówię, że na pewno są na mnie źli, że w pracy mnie nie ma, że będę miała przesrane, że nie dostanę urlopu za miesiąc…cała masa czarnych wizji- zupełnie bez pokrycia w rzeczywistości! I to jest właśnie kolejna rzecz, z którą muszę się uporać, mianowicie z tym, że nie powinnam tracić czasu na takie myślenie, które jest mega niepozytywne!. Tak samo jest z postrzeganiem siebie, cały czas mam problem z ubieraniem się, kupowaniem ubrań, spoglądaniem w lustro. Bywa, że czuje się mega gruba, wielka! A przecież w gruncie rzeczy wiem, że tak nie jest!
Codziennie muszę walczyć, codziennie się zmierzam sama z sobą. To trudne, ale daję radę
P.S kolejne wyznanie to ….Święta Bożego Narodzenia 2008 (przede wszystkim pytanie jak to jest znów jeść)

niedziela, 23 listopada 2008

Długa nieobecność na blogu...

Tak, tak , tak Wiem, jest listopad ...nie pisałam na blogu bardzo długo...czasu brak na wszystko, a teraz i w domu nie mam dostępu do netu (zabawne to ale prawdziwe :-) ).
Przez te kilka miesięcy działo się bardzo dużo....w pewnych momentach jak dla mnie za dużo:) Jednak co się działo? O tym napiszę już niebawem:-)
W każdym bądź razie:
- żyję,
-mam się dobrze
- nie wymiotuję
-dalej chodzę do psychologa
-odstawiłam leki

sobota, 21 czerwca 2008

Refleksja


Długo nie odwiedzałam swojego bloga....dużo zmian nastąpiło w moim życiu, ale myślę, że mimo wszystko bardzo pozytywnych. Mimo, że wylałam litry łez, mimo, że zjadały mnie nerwy, mimo zmęczenia i zagryzanych zębów, mimo bólu serca i chwilowych załamań.... Nie ukrywam, że zamienienie wymiotów na płacz i złość było nie lada wyzwaniem (cały czas jest) to ten zabieg się udał. 1 czerwca 2008 r. minął rok jak nie jestem w zaawansowanym stadium anoreksji. Nie wymiotuje i jestem z tego bardzo dumna. Teraz sama się łapie, że jak się wypłaczę to mówię sobie: "Juluś nie pomyślałaś o wymiotach!" bardzo mnie to cieszy i napawa optymizmem. Zaczęłam normalnie jeść - czasem są dni kiedy myślę o głodówce, o ograniczaniu kalorii ale jest to chwilowe i przechodzi. Mam teraz tyle obowiązków, że raczej nie mam czasu na myślenie o anoreksji i ograniczaniu kalorii(zresztą szkoda czasu i sił na powracanie do czegoś co sprawiło tyle bólu zarówno mnie jak i moim najbliższym) jedynie co wraca to wizja tej okropnej chudości. Jak widzę na ulicy takie chude tyczki, aż mnie skręca, ale nie z zazdrości ale z obrzydzenia. Te trupy, które chodzą po ulicach, czy sprzedają w sklepach to paskudztwo, mówię sobie w tedy "dzięki bogu, ze ja już tak nie wyglądam". Oczywiście nie mogę powiedzieć, że jest "zajebiście" bo mam kryzysy i to bardzo często. Dużo płaczę, denerwuje się i czasem sama nie wiem o co się czepiam, ale grunt, że nie wymiotuję. Jeżeli to ma być również ceną pożegnania choroby i nie powrócenia do niej to ja jestem za. Bywa, że czuję się brzydka i nieatrakcyjna, do tej pory wstydzę się chodzić w obcisłych rzeczach, w krótkich spodenkach czy spódnicach, często mam fazy, ze przed wyjściem do pracy przebieram się z 15 razy- poważnie, te 15 razy to na poważnie. Nie jest to fajne ale niestety jakoś nie umiem tego całkowicie wytępić. Ostatnio rozmawiałam z jedna Panią doktor z mojej uczelni, powiedziałam jej o mojej chorobie i to co codziennie przypominam sobie z tej rozmowy to " I CO Z TEGO?" ... kiedy powiedziałam Pani doktor o moich natręctwach, powiedziała, że jeśli myślę sobie "Julka brzydko wyglądasz" lub "lepiej nie jedz bo przytyjesz" to szybko odpowiedz " i co z tego?" tak robię i to działa. Dodatkowo mój kochany Jasiek mówi mi codziennie, ze jestem ładna i niczego mi nie brakuje ...czasem tylko napomknie o tym, że przydałoby się jeszcze kilka kilo, ale ja ani śnię o dodatkowych kilogramach...dobrze jest jak jest :-)
Na wpływ mojego złego stanu samopoczucia, grymasu na twarzy, zdenerwowania, czy zaburzonej wizji siebie również wpływ mają moje ciągle chorujące jelita-
syndrom jelita drażliwego nie należy do przyjemnych- czasem autentycznie boje się jeść bo boję się bólu, dyskomfortu oraz wzdęcia kiedy wydaje mi się, że jestem gigantyczna. Odkąd zamieszkaliśmy z Jaśkiem razem, oboje mamy dużo obowiązków, ja w nowej firmie o wiele więcej pracuję, dodatkowo mam do pokonania całą w-wę w korkach rano i po południu co bardzo mnie męczy, dodatkowo uczelnia w co drugi tydzień , na którą nie mam siły chodzić, a co powiedzieć o nauce do sesji kiedy po pracy padam i nie mam siły na nic :-( z Jasiem mniej się widujemy, czasem ta tęsknota powoduje u mnie frustrację i smutek. Ja wiem, ze życie się zmienia jednak tęsknota za swoja miłością jest silniejsza. Dodatkowo presja uczelni, że muszę chodzić, uczyć się, aby zdawać w pierwszych terminach (aby nie płacić za drogie poprawki), zdobyć wykształcenie wyższe (aby nie być nikim, nie być "tępakiem" w środowisku czy znajomych, czy przyjaciół, czy rodziców) - ile łez ja już wylewam bo tak strasznie ciężko mi pogodzić pracę i uczelnię, czasem ewidentnie sobie nie radzę i popadam w histerię. Przytłacza mnie brak czasu na chodzenie na angielski, za które płaci moja mama -nawet jak chodzę to się nie przykładam bo jadę po pracy, jestem zmęczona, mój mózg już nic nie przyswaja. Boli mnie to, że nie mam czasu ani sił na rolki, basen czy na jogę, czasu na coś co by mnie oderwało od szarej codzienności i pomogło zadbać o lepszą kondycję bo teraz czuję się taka "zdziadziała" mimo tylko 23 lat! Strasznie ciężko mi jest przełknąć zakaz posiadania zwierzaka, bardzo tęsknię za moją Yokusią, małym Słonikiem, za spacerami z pieskiem, za patrzeniem jak mój mały żółwik je sałatę czy pomidora- jak mieszkałam z rodzicami to potrafiłam ok godziny patrzeć jak mój żółw je czy się wygrzewa, tęsknię za rozpychającym się w nocy Yokonkiem....:( póki co zostają mi kwiatki, których w domu mamy dużo. Te troski, które codziennie są ze mną powodują straszny ból i smutek, czasami emocje się kumulują i wybucham płaczem, złością...mam w tedy ochotę wszystko roznieść, zniszczyć, a każdego uważam za swojego wroga w tedy krzyczę, płaczę, mówię tego czego normalnie bym nie powiedziała, czepiam się o byle drobiazg a potem uciekam i nie odbieram telefonów....zresztą zazwyczaj nie odbieram telefonów...oczywiście oprócz tych na tel służbowy. Lubię swoja pracę, lubię nasze mieszkanie, lubię tą wolność jednak obowiązki, które mam chyba jeszcze teraz nie są na moje siły zwłaszcza, że nie mam czasu na regularne chodzenie na wizyty do Pani Oli. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się wszystko pokonać, znaleźć gdzieś siłę , która pomoże sprostać mi tym wszystkim obowiązkom, które na siebie wzięłam. Bardzo bym chciała czerpać z życia jak najwięcej, zrobić jeszcze tyle rzeczy w swoim życiu .... Dobrze, ze w miłości jest dobrze po zgrzytach "docierania". Mieszkamy sobie razem, jesteśmy szczęśliwi ze sobą , możemy na siebie liczyć, jesteśmy dla siebie oparciem, wsparciem, nadzieją, razem się śmiejemy, razem się smucimy, razem sobie dokuczamy :-) szkoda tylko, że tak mało czasu razem spędzamy:-(

a fotka z żółwiem tak dla polepszenia humoru :-)

wtorek, 6 maja 2008

Pytam siebie co mi jest... Kryzys

Ehhh. Ciężko mi to przełknąć, ciężko to pisać, ciężko o tym mówić. Nie wiem co jest...mam nadzieję, że obudzę się i będzie dobrze. O co mi chodzi? nie mam pojęcia...walczę. Tak strasznie boje się napisać co myślę, co teraz mnie trapi... Mam nadzieję, że wytrzymam, że dam radę...teraz próbuję zebrać myśli, ogarnąć to co działo się przez ostatni czas i wyciągnąć słuszne wnioski. Muszę znów przestać wątpić w siebie, w to kim i jaka jestem...więcej nie piszę ...muszę złapać myśli....

:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(:(

czwartek, 28 lutego 2008

Ciągła walka z samą sobą



Czasami jest naprawdę pięknie...długo nie pamiętam o anoreksji , zapominam o niej. Czasami sama sobie mówię "już 2 tygodnie nie myślałam o chorobie" w tedy czuję się jakbym już wyszła z choroby, jak bym nigdy nie miała z nią do czynienia. Jednak czasem są takie dni, tygodnie..., że zaczynam sobie przypominać o chorobie czasem mnie to bardzo przeraża i męczy jednak staram się walczyć. Najgorsze jest to, że choroba wraca takimi falami i to w najmniej odpowiednim momencie...w takim momencie, w którym bym się kompletnie tego nie spodziewała. Zdaję sobie sprawę, że ona nie zapuka do drzwi lub nie powie "hej Julia przyszłam sobie...", wiem, że nikt nie jest w stanie przewidzieć kiedy dotknie mnie kryzys skoro ja sama tego nie mogę przewidzieć. Jak już się pojawi muszę walczyć. Przestałam mówić o chorobie, rozmawiać z innymi o tym co mnie trapi...znów mówię "nic mi nie jest" a w gruncie rzeczy jest bardzo źle. Być może boję się przyznać, wspomnieć, że coś jest nie tak żeby nikt nie zaczął się znów o mnie martwić i dramatyzować. Chyba dziś będę na prawdę szczera i powiem co mnie boli uzupełniając mojego bloga.
Rozmyślam sobie co mi jest, wiem, że dzieje się coś niedobrego ze mną, że czuję i myślę tak jak nie powinnam. Czasami boję się, że odniosę porażkę, że znów zacznie się ten koszmar. Być może przez to, że ostatnio mam trochę zmartwień, trosk i problemów. Może po prostu jestem przemęczona. Nie mam siły być ciągle silna i optymistyczna- taka super!!!.
coraz częściej zaczęłam się łapać, że myślę o tym co ile ma kalorii, że za późno jest na jedzenie, że tego nie powinnam jeść, że jak będę więcej jeść to przytyję, że powinnam się zważyć, że powinnam zacząć stosować jakąś dietę- wczoraj otworzyłam dietę "Jak schudnąć 14 kg w miesiąc", coraz częściej myślę o tym, że mieszam węglowodany z białkiem, często po zjedzeniu mam ochotę zwymiotować. Ostatnio nawet jak mój chłopak miał iść na spotkanie to słyszałam w swojej głowie "Wyjdzie, to pójdę zwymiotować". Jak robię coś sobie do jedzenia to analizuję czy nie za dużo ma kalorii, czy nie za dużo sobie nałożyłam....tak jak bym głośno to słyszała, jak by mi to ktoś mówił stojąc za mną.
Rano najchętniej bym nie jadła, czuję jakbym miała pełny żołądek, może podświadomie znów sobie wmawiam brak głodu, brak potrzeby jedzenia...chcę tak myśleć- jednak zdrowy rozsądek każe mi zjeść przed wyjściem i napić się czegoś. W dzień najchętniej też bym nie jadła. Teraz mam w oczach łzy, bo jak myślę o jedzeniu to autentycznie wszystko mi rośnie i robi mi się niedobrze. Nie wiem czemu tak jest. Cały czas próbuję samą siebie przeanalizować i znaleźć rozwiązanie. Póki co nie zaczęłam wymiotować i mam nadzieję, że tego nie zrobię. Nadal udaje mi się przezwyciężyć te destrukcyjne myśli...jednak boję się, że kiedyś nie dam rady, że popłynę, że to co mnie otacza, martwi, denerwuje, przysparza o przykrości wyrzucę robiąc sobie krzywdę. Wierzę w swój umysł, wierzę w swoją siłę, wierzę w słuszność założonego celu...i chyba dzięki temu jakoś się trzymam i walczę.

Chudnę chyba ze stresu, czuję się mało atrakcyjna, zmęczona. Ciągle się boje czy dobrze postępuję, czy to co robię jest dobre, czasami się duszę bo muszę ustępować, zgadzać się z czymś co mi przeszkadza dla świętego spokoju, nie widzę efektów swoich starań, pracy...czuję się jak bym ciągle była pod czyjąś presją. Chcę dobrze dla siebie i innych, chcę pomagać, czuć się potrzebna i czasem zaspokajać swoje potrzeby, pragnienia i marzenia jednak tego nie ma bo muszę ulegać, muszę pamiętać co mi wolno a czego nie, co mam robić i jak mam robić. To powoduje, że czuję się ograniczona, zamknięta....duszona. Nie chce być egoistą jak inni, ale czasem chyba inaczej się nie da bo czy ktoś tak naprawdę docenia dobroć i potrzeby drugiego człowieka???

wtorek, 19 lutego 2008

Grona i fora PSEUDOanorektyczek


Ostatnio otrzymałam informację, że są grona o anoreksji...wiem, ze istnieją jednak nigdy ich nie czytałam, nie zaglądałam na nie. Były zawsze jakoś daleko ode mnie/ poza mną. Nie powiem, bardzo mnie zaintrygowała ta informacja i stwierdziłam, że może odwiedzę te grona. Pomyślałam sobie, pewnie w większości jedna z drugą się "targują", która jest chudsza, co robić by być chudszą, ile się je, że ta je mniej itd...w gruncie rzeczy chciałam się mylić. Jednak jak zaczęłam czytać te grona to, aż zaczęłam własnym oczom nie wierzyć!. Jak czytałam to to na prawdę byłam strasznie rozczarowana tym jak te dziewczyny podchodzą do życia i do "choroby" jaką jest anoreksja!. Jak nie szanują same siebie i innych, te epitety, które stosują o rodzinie, znajomych, innych po prostu mnie przerażało jak można być tak okrutnym i zamkniętym. Nie chciałam się zrażać jednak tego na prawdę nie daje sie czytać!Powiem Wam, że one "przekrzykują się" co robić by chudnąć, by jeść mało kalorii, co robić by się przeczyścić, co stosować by wypełnić żołądek....Żadna z nich nie pisała o niczym zdrowym, każda mobilizowała drugą do głodzenia, do zabijania się. One niby są blisko ale każda z nich to diabeł, który zabija inne osoby. Uwagi na temat wypij barszczyk knorra i nic nie jedz nie jest mobilizacją do jedzenia!!! Żadna nie powie, że "dziś zjadłam chlebek z serem i pomidorem, mandarynkę, wypiłam sok, zjadłam spagethi i jabłko a na kolację bułkę z dżemem", każda tylko pisze zjadłam pieczywo wasa z czymś tam a druga na to eee ja nie jem tego bo to ma tyle i tyle tłuszczu. Najbardziej mnie "śmieszyły" pytania ile trzeba ćwiczyć by zrzucić 200kcl bo zjadłam jogurt i ciasto drożdżowe, albo batona.
Jaka kol wiek dobra rada napisana na "ich" gronie to zamach na nie. Ostatnio nawet jedna napisała, że chciałaby mnie zabić, że nie na widzi "zbawców"- tak mnie nazwała. Jedna popiera drugą. Co najważniejsze one wyraźnie mówią, ze tak jest fajnie i nie chcą się leczyć,.....
Podsumowując, chciałabym napisać, że takimi dziewczynami na prawdę nie warto się jest przejmować, mnie bolało to co pisałam a one tylko potrafią człowieka zjechać. Nigdy nie wejdę już na takie grona, bo to strata czasu. Ważne co chcę powiedzieć to to, że te dziewczyny nie są anorektyczkami, są pseudo anorektyczkami (lub pseudo bulimiczkami). Nikt kto zachoruje, nie szczyci się tym tak jak one na tych forach, nikt nie mówi, że anoreksja jest fajna i , że w niej jest dobrze. Ja się tego wręcz wstydziłam, nikomu się z tego nie zwierzałam, nie chciałam mówić co jem i jakie metody przeczyszczania stosuję. Nawet teraz nigdy nie napiszę moich sposobów na chudnięcie, kłamanie itd bo to nie jest blog o instruktażu "jak zostać anorektyczką" lub przewodnikiem "co robić by być superanorektyczką"!!!! Każda chora na anoreksję dziewczyna chce wyjść z choroby i buntuje się przeciwko niej. Oczywiście, długo się nie wierzy w to, że się jest chorą, powiedzieć to jest trudno.
Mówią, że choroba ogarnia coraz więcej osób tak to prawda, tylko najgorsze jest to, że dużo dziewczyn, młodych dziewczyn uważa to za swojego rodzaju modę....

wtorek, 5 lutego 2008

...NOWE ŻYCIE...


Szczęście. Radość.
...to uczucia, które towarzyszą mi od kilku dni.
1/02/2008 to przełom mojego życia. Wyprowadzka z domu rodzinnego, zamieszkanie z ukochanym w nowym mieszkaniu. Rozpoczęliśmy życie na własny rachunek. Nadal jestem w szoku, nadal nie mogę uwierzyć, że już się przeprowadziliśmy. To jak sen.

To jest niesamowite osiągnięcie dla mnie, że postawiłam na swoim i w wieku 22 lat jestem już samodzielna, pracuję, studiuję i nie żyje na koszt rodziców.
Cudownie jest wiedzieć, ze nikt mnie już nie będzie strofował, wtrącał się w moje życie, mówił co mi wolno a czego nie!
Jestem tak zadowolona i szczęśliwa, że nie w głowie mi załamywanie się i wymiotowanie.
Jest to nowe życie, które ma być piękne bez choroby.
Ana została sama w Markach, nie została zaproszona do nowego mieszkania, do mojego nowego domu. Będę ją czasem odwiedzać i śmiać jej się w twarz jak tylko będzie chciała zrobić mi krzywdę!!!
Czuję się wolna, na prawdę wolna!!!

Teraz sobie myślę, Juluś jaka Ty jesteś silna, żyjesz, nie poddałaś się! Niewątpliwie moja choroba jest największą szkołą życia, udowadniam sobie każdego dnia, że jestem naprawdę silną osobą, że już nic nie jest w stanie mnie złamać, poniżyć, zadać taki ból i cierpienie!!!

Sprawdza się przysłowie : " CO NAS NIE ZABIJE TO NAS WZMOCNI" - to prawda!

Jestem przykładem, że jeżeli tylko się chce można pokonać wszystkie nie przeciwności losu. Grunt to przyznać się do swojej choroby,lęku, uzależnienia, do tego co Nas boli i przeraża! Mówienie o tym co siedzi głęboko w Nas nie jest słabościom! Ja uważam, że wręcz przeciwnie! Sztuką jest powiedzieć szczerze o tym co Nas boli, trapi, z czym się nie zgadzamy!!!Ile razy wpadałam w podziw jak spotykałam ludzi, którzy mówili o sobie, o swoich problemach...zazdrościłam tej sztuki, bo ja tak nie umiałam, wolałam trzymać wszystko w sobie, zadręczać się i przejmować!Teraz i ja to umiem i czuje, że to jest im sukcesem!. Jeżeli tylko chcesz pomocy i jesteś gotowa na podjęcie ciężkiej walki, bez kłamstwa to zawsze znajdzie się sztab ludzi, którzy zechcą Ci pomóc osiągnąć sukces...tak jak ja miałam ze swoją chorobą!
Takie osoby nazwane są " Aniołami w ludzkiej postaci"- są wszędzie, tylko trzeba otworzyć oczy i rozejrzeć się...
otwórz wszystkie zmysły i serce... Anioły w ludzkiej postaci są na prawdę koło Nas, na wyciągnięcie ręki......

wtorek, 29 stycznia 2008

Zwymiotowałam! Jednak to nie porażka!!!




Wahałam się czy pisać o swojej tak zwanej "porażce" po tylu miesiącach niewymiotowania.
Po przemyśleniach od niedzieli stwierdziłam, ze jeżeli tego nie napiszę i jeżeli się świadomie nie przyznam do tego, że po tak długiej "wymiotnej abstynencji" złamałam się i zwymiotowałam- będę żyła w zakłamaniu. Ciesze się, że jednak chcę o tym napisać przyznać się, że w chwili psychicznej słabości
nie zawahałam się na taki krok by włożyć sobie palce w buzię, wymusić wymioty i czuć tzw "pseudo ulgę".

Jednak jak widać, anoreksja pozostaje i drzemie we mnie- jednak nigdy nie uważałam, że zniknęła czy zniknie. Ona jest jak wygłodzone zwierze, które czyha na zbłąkane "jagnię" by je dopaść i wyssać z niego całą energie i życie!!!
Nie nawiedzę jej, marzenie...niech się ode mnie odczepi, niech umrze, niech da mi spokój!!! Nie chce rzadnej wycieczki do Tunezji, Maroka, Egiptu, nie chcę złota!!!Chce aby zniknęła raz na zawsze!!!
Mam ochotę teraz krzyczeć :
"Ty głupia Ano, won z mojego życia!
Czy nie rozumiesz, że nie chcę Cię!!??
Nie chcę byś była w moim życiu!!
Zgiń, przepadnij, odejdź!!!"
...co jeszcze mam Ochotę krzyknąć!??
" I tak z Tobą wygrywam, każdego dnia!!!
Widzisz bez Ciebie jest mi lepiej!
Odnoszę sukcesy zawodowe, towarzyskie i w miłości!
Mam przyjaciół, widzę każdego dnia jak wszystko się zmienia!!!
Mam ochotę żyć,
chodzić na imprezy,
spotykać się ze znajomymi i pić ulubioną Tequile Sunrise!!!
ahhh i jeść Nachosy i super pity w "The Mexico"
a co najważniejsze...UMIEM KOCHAĆ I BYĆ DOBRA,
CIESZYĆ SIĘ MIŁOŚCIĄ,
CIESZYĆ SIĘ, ŻE MAM MOJEGO JANKA!!!
Cieszyć się z każdego dnia spędzanego w śród ludzi, których kocham i bardzo lubię!
Ile bym dała żebyś odeszła i dała mi wreszcie spokój!!!"
Obiecuję, ze zniszczę Cię tak jak Ty niszczyłaś mnie!!!
i zrujnuję Cię tak jak Ty zniszczyłaś mnie i moje zdrowie!!!
Chryste jak Ja Ciebie nie znoszę, nie na widzę!...

To co najważniejsze co sobie przemyślałam, że zwymiotowanie moje kompletnie nie miało sensu! Nic tak naprawdę nie dało!!!
W niedzielę miałam bardzo ciężki dzień, wymiana zdań, która spowodowała, że uciekłam do domu.
Myślałam w tedy:
" Nikomu nie pozwolę mnie zniszczyć czy ograniczać. To jaka jestem to moja sprawa , a decyzje dotyczące moich planów czy postepowania, które podejmuję to tylko moje decyzje i nikt nie będzie oceniał ich negatywnie.
Od lat chciałam uciec od dyktatury ojca, kiedy mi się to udało i mówię szczerze co chcę, a czego nie chcę nikt nie będzie mnie ograniczał, a w moje życie wprowadzał swoich rygorów!
O nie! tak na pewno nie będzie!

W domu było mi dobrze, lepiej choć trochę brakowało mi Jaśka...ale nie może być tak, że zatracę się bezgranicznie w tej miłości. Czasami muszę zawalczyć o siebie i o to co dla mnie dobre!
I zaznaczam, że nie jestem egoistką...(choć czasem chciałabym nią być!)...po prostu chcę, aby dobro, które z siebie daję czasem bezwarunkowo, bez proszenia o nie wracało (od najbliższych mi osób) , a nie powodowało, że czuję, że po raz kolejny "skopano mi tyłek". Czasem chciałabym dostać oparcie, a nie być tylko oparciem. Czy to takie trudne? Czy to takie skomplikowane? Cały dzień sobie "coś" robiłam, nie płakałam i nie myślałam o tym co złego się wydarzyło...tak mi się wydawało...
Zadzwonił telefon, napięta rozmowa, która chyba nieco wyprowadziła mnie z równowagi ...
Impuls, zabranie butelki wody (na wszelki wypadek), włożenie palcy, zwymiotowanie i "delektowanie się" bólem przez skórcze mięśni brzucha i żołądka, pieczeniem gardła przez kwas żołądkowy, łzami wysiłku i pieczeniem twarzy z powodu pękających naczynek! To było totalnie idiotyczne co zrobiłam...ale nic nie dzieje się bez przyczyny.

Niesamowite było to, że w moim umyśle pojawiły się takie myśli:

- kiedy usiadłam na łóżku po tym wszystkim widziałam jak stoję nad toaletą, mam otworzone usta i to co zwymiotowałam wraca do mojego żołądka (efekt cofnięcia filmu)

- jak zwymiotowałam chciałam cofnąć czas

- wstydziłam się tego co zrobiłam i było mi głupio

- nie byłam szczęśliwa, ale złość minęła...a może to, ze miałam takie przemyślenia uwolniły mnie od złych emocji i skłoniły do ważniejszych rozważań?

- nie byłam z siebie dumna

- powiedziałam: " i po co Ci to było? po co to zrobiłaś? Nic nie jest warte tego abyś się niszczyła!"
- myślałam właśnie po co mi to było? czy chciałam wzbudzić litość? lęk? czy może krzyczałam "Kotek potrzebuje Cię, jest mi źle?" przecież wystarczyło wziąć telefon wcisnąć tzw menory five i usłyszeć głos Jaśka?

Ten niedzielny incydent w każdej minucie daje mi o sobie znać!! Jak mnie to wkurza i denerwuje!!! Czemu?
bo boli mnie gardło i przełyk- więc każde przełknięcie śliny powoduje ból- efekt przypomnienie sobie wydarzeń z niedzieli,
bolą mnie mięśnie brzucha, żeber, tułowia...efekt cały czas ból- gorszy niż zakwas, nawet śmiech powoduje ból!
Fuck! już mam nauczkę.
Jezu! nie wiem jak mogłam kiedyś z takiego stanu czerpać przyjemność, jak mogłam żygać i sprawiać sobie taki ból! Co za masochizm!

To co pozytywne zauważam to to, że nie chcę wracać do choroby, że nic nie sprawia mi przyjemności jak normalne "ludzkie" i prawdziwe życie, siła czerpana z miłości.
Już za kilka dni zaczynam nowe życie.
Wyprowadzka, samodzielność pełną parą u boku najukochańszej osoby na świecie.
Dzień przeprowadzki potraktuję jako szansę dostaną od losu, że znalazłam miłość, ostoję i cel swojego życia! Cel bycia zdrową przy Tobie Jaśku, bycia oparciem i miłością. Będę taką, która każdego dnia cieszyć się z tego co posiada, co osiągam, z tego co osiągamy! Z tego kim i jacy jesteśmy! Z tego, ze jesteśmy razem.

Jedyne co jeszcze zostaje mi powiedzieć, ze przepraszam samą siebie, że zwątpiłam w swoją siłę i poszłam najprostszą linią oporu!!!
Zamykając drzwi domu, zamykam kolejny rozdział życia!
Otwierając nowe drzwi nowego domu zaczynam pisać kolejny NOWY rozdział życia ... i nie chce już wchodzić do tej samej wody, nie chce popełniać błędów przeszłości. Liczy się "tu iteraz", "ja i Ty", "Nasze wspólne zycie-szczęśliwe życie"

PLAN: pudełko zapałek, wrzucenie anoreksji i wywalenie jej do wody lub spalenie o co mi chodzi? może niebawem o tym napiszę...

czwartek, 10 stycznia 2008

jakby zawieszona w przestrzeni...

tak właśnie się czuję, trudno mi opisać co czuję, podświadomie cały czas, cały dzień próbuję sobie wytłumaczyć i odpowiedzieć na pytanie co tak na prawdę się dzieje ze mną i w mojej głowie.
Nie płaczę, staram się nie myśleć o tym co złe, co sprawia mi cierpienie...to jest dla mnie nowa sytuacja, teraz siedzę spokojnie, naprawdę spokojnie i nie zadręczam się...jednak czuję się jakoś nie obecna w moim ciele i umyśle...oderwana.
Zajmuję się pracą, potrafię rozgraniczyć złe samopoczucie, problemy samej z sobą jednak w chwili wolnego poszukuję odpowiedzi na to co jest tak dla mnie bardzo nie zrozumiałe. Jak to się dzieję, że potrafię tak się zdystansować?
Jednak teraz myślę o tym, że chcę pójść już na wizytę do Pani Oli... brakuje mi tego, na prawdę potrzebuje rozmowy, wytłumaczenia pewnych aspektów mojego życia i myślenia.
Do psychiatry idę za kilka dni, też się nie mogę doczekać bo potrzebuję obiektywnej opinii na mój temat, na temat leczenia bo nie chce popełnić gdzieś błędu, czegoś wytłumaczyć sobie źle i pogrążyć się...
Chciałabym odstawić leki, bardzo tego chciałam jednak teraz mam obawy czy to dobry pomysł, czy sobie poradzę... Jest na prawdę czasem ciężko.
Mam plan pojechać do domu i odpocząć od wszystkich i wszystkiego, dać sobie czas. W domu wiem, że zasypiając mój kochany piesek Yoko będzie zasypiała razem ze mną, przytulę się do niej i spokojnie zasnę. Wiem, że ona mnie nie odrzuci, daje takie niesamowite ciepło...

...Jak dziś zjadłam zupę, bardzo bałam się pójść do toalety zrobić wydawałoby się głupie siusiu, bałam się bo nie wiedziałam czy to co teraz dzieje się ze mną nie spowoduje, że będę chciała dać upust smutkowi, złości, że będę chciała zwymiotować. Myślałam idąc dam radę, dam radę....udało się dałam radę!!!

środa, 9 stycznia 2008

nieświadomie...

kilka razy czytam posta którego piszę w nadziei, że znajdę swoje błędy... teraz czytałam główne hasło i opis mojego bloga...trochę zwątpiłam, bo w nagłówku jest napisane "POKONAĆ CHOROBĘ DUSZY I CIAŁA..."a dalej mój wywód... to mnie przeraziło bo zdałam sobie sprawę, że w poście, którego opublikowałam kilka minut wcześniej nie napisałam: jest mi smutno, jest mi przykro tylko napisałam "jest mi źle" to samo pojawia się w opisie... Boże, nie mogę uwierzyć...
:(

Czasami już nie potrafię wytrzymać!!!

...są takie dni, takie jak dziś czy wczoraj, że czuję, że nie wiele brakuje mi aby zwariować, aby krzyczeć na cały głos, albo po prostu wyjść i nie wrócić.
Ostatnio mam bardzo intensywne dni, tyle się zmienia, tyle decyzji trzeba podjąć!!! Nie będę mówić jak mi źle, jak mi nie dobrze...mówię sobie Juluś spokojnie, wyluzuj, nie przejmuj się, nie warto się niszczyć!!! pomaga...nie chcę iść wymiotować, choć nie powiem nie raz machnęłabym ręką, zapomniała o tym co ważne, do czego dążę, aby tylko poczuć jak z treścią pokarmową i z łzami spowodowanymi odruchem wymiotnym(oraz ściskiem żołądka) odchodzą problemy ode mnie i zostaje tylko w głowie "Cholera, głupia dziewczyno znów zwymiotowałaś, przecież się zabijasz, niszczysz", "znów to zrobiłam jak mogłam!!!", potem zostaje tylko obwinianie samej siebie, żaden inny problem to nie problem. Wszystko schodzi na dalszy plan, nie jest istotne. Jednak tak na prawdę nie chcę do tego wracać...jeżeli bym tak postąpiła, tak zrobiła - zwymiotowała to wiem, że uciekłabym jedynie od problemu, od odpowiedzialności i znów wpędziłabym się w pułapkę- błędne koło, labirynt z którego nie wiem czy bym miała siłę wyjść!
Walka, którą podjęłam bardzo mnie umacnia, nie przejmuję się, nie obwiniam, nie stresuję...podchodzę do życia z dystansem, totalnie "wyluzowałam"!!!
Wreszcie! po tylu latach! i dobrze, bo jestem spokojna, cierpliwa, wyrozumiała i tolerancyjna. Totalnie zmieniłam swój stosunek do życia, ludzi, znajomych, rodziny i miłości.
To jak kiedyś żyłam, jak ufałam, jak byłam podporządkowana i to jak przeżywałam nie dało nic dobrego. Ale na błędach człowiek się uczy, szkoda tylko, że tak dużym kosztem...
Ostatnio przeżywam kryzys, już brakuje mi sił, aby wspierać mojego chłopaka, mówić, że będzie dobrze. Jestem zmęczona czasem takim jego niezdecydowaniem, strachem, przejmowaniem się i wyszukiwaniem problemów, których nie ma...ile mogę jestem optymistyczna, staram się tłumaczyć i zabierać głos we wszystkich kwestiach, które go trapią , szukając silnych argumentów ze swojego życia, aby przekonać go, że zawsze jest jakieś wyjście, że razem damy sobie radę i w każdym etapie życia coś się kończy a coś zaczyna- bo przecież tak jak zmieniamy się my, tak zmienia się Nasze życie. Jednak czasem czuję jakby w ogóle nie było ważne to co mówię, jakby w ogóle mnie nie słuchał. Po kilku takich dniach, czuję się jakby ktoś wypompował ze mnie krew, czy jest mi przykro ? nie wiem, czy jest mi smutno? nie wiem...jest mi po prostu źle...muszę odreagować, odpocząć.......

Nawet nie mam siły płakać, siły myśleć...
jednego się boję, bardzo się boję, że nie dam sobie rady ze wszystkim kiedy odstawię leki, boje się, że nie wytrzymam presji, że któregoś dnia po prostu stracę nadzieję i się pogrążę! Chcę wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że już nic nie jest mnie w stanie złamać... czasem ta nadzieja jest mi odbierana...