wtorek, 29 stycznia 2008

Zwymiotowałam! Jednak to nie porażka!!!




Wahałam się czy pisać o swojej tak zwanej "porażce" po tylu miesiącach niewymiotowania.
Po przemyśleniach od niedzieli stwierdziłam, ze jeżeli tego nie napiszę i jeżeli się świadomie nie przyznam do tego, że po tak długiej "wymiotnej abstynencji" złamałam się i zwymiotowałam- będę żyła w zakłamaniu. Ciesze się, że jednak chcę o tym napisać przyznać się, że w chwili psychicznej słabości
nie zawahałam się na taki krok by włożyć sobie palce w buzię, wymusić wymioty i czuć tzw "pseudo ulgę".

Jednak jak widać, anoreksja pozostaje i drzemie we mnie- jednak nigdy nie uważałam, że zniknęła czy zniknie. Ona jest jak wygłodzone zwierze, które czyha na zbłąkane "jagnię" by je dopaść i wyssać z niego całą energie i życie!!!
Nie nawiedzę jej, marzenie...niech się ode mnie odczepi, niech umrze, niech da mi spokój!!! Nie chce rzadnej wycieczki do Tunezji, Maroka, Egiptu, nie chcę złota!!!Chce aby zniknęła raz na zawsze!!!
Mam ochotę teraz krzyczeć :
"Ty głupia Ano, won z mojego życia!
Czy nie rozumiesz, że nie chcę Cię!!??
Nie chcę byś była w moim życiu!!
Zgiń, przepadnij, odejdź!!!"
...co jeszcze mam Ochotę krzyknąć!??
" I tak z Tobą wygrywam, każdego dnia!!!
Widzisz bez Ciebie jest mi lepiej!
Odnoszę sukcesy zawodowe, towarzyskie i w miłości!
Mam przyjaciół, widzę każdego dnia jak wszystko się zmienia!!!
Mam ochotę żyć,
chodzić na imprezy,
spotykać się ze znajomymi i pić ulubioną Tequile Sunrise!!!
ahhh i jeść Nachosy i super pity w "The Mexico"
a co najważniejsze...UMIEM KOCHAĆ I BYĆ DOBRA,
CIESZYĆ SIĘ MIŁOŚCIĄ,
CIESZYĆ SIĘ, ŻE MAM MOJEGO JANKA!!!
Cieszyć się z każdego dnia spędzanego w śród ludzi, których kocham i bardzo lubię!
Ile bym dała żebyś odeszła i dała mi wreszcie spokój!!!"
Obiecuję, ze zniszczę Cię tak jak Ty niszczyłaś mnie!!!
i zrujnuję Cię tak jak Ty zniszczyłaś mnie i moje zdrowie!!!
Chryste jak Ja Ciebie nie znoszę, nie na widzę!...

To co najważniejsze co sobie przemyślałam, że zwymiotowanie moje kompletnie nie miało sensu! Nic tak naprawdę nie dało!!!
W niedzielę miałam bardzo ciężki dzień, wymiana zdań, która spowodowała, że uciekłam do domu.
Myślałam w tedy:
" Nikomu nie pozwolę mnie zniszczyć czy ograniczać. To jaka jestem to moja sprawa , a decyzje dotyczące moich planów czy postepowania, które podejmuję to tylko moje decyzje i nikt nie będzie oceniał ich negatywnie.
Od lat chciałam uciec od dyktatury ojca, kiedy mi się to udało i mówię szczerze co chcę, a czego nie chcę nikt nie będzie mnie ograniczał, a w moje życie wprowadzał swoich rygorów!
O nie! tak na pewno nie będzie!

W domu było mi dobrze, lepiej choć trochę brakowało mi Jaśka...ale nie może być tak, że zatracę się bezgranicznie w tej miłości. Czasami muszę zawalczyć o siebie i o to co dla mnie dobre!
I zaznaczam, że nie jestem egoistką...(choć czasem chciałabym nią być!)...po prostu chcę, aby dobro, które z siebie daję czasem bezwarunkowo, bez proszenia o nie wracało (od najbliższych mi osób) , a nie powodowało, że czuję, że po raz kolejny "skopano mi tyłek". Czasem chciałabym dostać oparcie, a nie być tylko oparciem. Czy to takie trudne? Czy to takie skomplikowane? Cały dzień sobie "coś" robiłam, nie płakałam i nie myślałam o tym co złego się wydarzyło...tak mi się wydawało...
Zadzwonił telefon, napięta rozmowa, która chyba nieco wyprowadziła mnie z równowagi ...
Impuls, zabranie butelki wody (na wszelki wypadek), włożenie palcy, zwymiotowanie i "delektowanie się" bólem przez skórcze mięśni brzucha i żołądka, pieczeniem gardła przez kwas żołądkowy, łzami wysiłku i pieczeniem twarzy z powodu pękających naczynek! To było totalnie idiotyczne co zrobiłam...ale nic nie dzieje się bez przyczyny.

Niesamowite było to, że w moim umyśle pojawiły się takie myśli:

- kiedy usiadłam na łóżku po tym wszystkim widziałam jak stoję nad toaletą, mam otworzone usta i to co zwymiotowałam wraca do mojego żołądka (efekt cofnięcia filmu)

- jak zwymiotowałam chciałam cofnąć czas

- wstydziłam się tego co zrobiłam i było mi głupio

- nie byłam szczęśliwa, ale złość minęła...a może to, ze miałam takie przemyślenia uwolniły mnie od złych emocji i skłoniły do ważniejszych rozważań?

- nie byłam z siebie dumna

- powiedziałam: " i po co Ci to było? po co to zrobiłaś? Nic nie jest warte tego abyś się niszczyła!"
- myślałam właśnie po co mi to było? czy chciałam wzbudzić litość? lęk? czy może krzyczałam "Kotek potrzebuje Cię, jest mi źle?" przecież wystarczyło wziąć telefon wcisnąć tzw menory five i usłyszeć głos Jaśka?

Ten niedzielny incydent w każdej minucie daje mi o sobie znać!! Jak mnie to wkurza i denerwuje!!! Czemu?
bo boli mnie gardło i przełyk- więc każde przełknięcie śliny powoduje ból- efekt przypomnienie sobie wydarzeń z niedzieli,
bolą mnie mięśnie brzucha, żeber, tułowia...efekt cały czas ból- gorszy niż zakwas, nawet śmiech powoduje ból!
Fuck! już mam nauczkę.
Jezu! nie wiem jak mogłam kiedyś z takiego stanu czerpać przyjemność, jak mogłam żygać i sprawiać sobie taki ból! Co za masochizm!

To co pozytywne zauważam to to, że nie chcę wracać do choroby, że nic nie sprawia mi przyjemności jak normalne "ludzkie" i prawdziwe życie, siła czerpana z miłości.
Już za kilka dni zaczynam nowe życie.
Wyprowadzka, samodzielność pełną parą u boku najukochańszej osoby na świecie.
Dzień przeprowadzki potraktuję jako szansę dostaną od losu, że znalazłam miłość, ostoję i cel swojego życia! Cel bycia zdrową przy Tobie Jaśku, bycia oparciem i miłością. Będę taką, która każdego dnia cieszyć się z tego co posiada, co osiągam, z tego co osiągamy! Z tego kim i jacy jesteśmy! Z tego, ze jesteśmy razem.

Jedyne co jeszcze zostaje mi powiedzieć, ze przepraszam samą siebie, że zwątpiłam w swoją siłę i poszłam najprostszą linią oporu!!!
Zamykając drzwi domu, zamykam kolejny rozdział życia!
Otwierając nowe drzwi nowego domu zaczynam pisać kolejny NOWY rozdział życia ... i nie chce już wchodzić do tej samej wody, nie chce popełniać błędów przeszłości. Liczy się "tu iteraz", "ja i Ty", "Nasze wspólne zycie-szczęśliwe życie"

PLAN: pudełko zapałek, wrzucenie anoreksji i wywalenie jej do wody lub spalenie o co mi chodzi? może niebawem o tym napiszę...

czwartek, 10 stycznia 2008

jakby zawieszona w przestrzeni...

tak właśnie się czuję, trudno mi opisać co czuję, podświadomie cały czas, cały dzień próbuję sobie wytłumaczyć i odpowiedzieć na pytanie co tak na prawdę się dzieje ze mną i w mojej głowie.
Nie płaczę, staram się nie myśleć o tym co złe, co sprawia mi cierpienie...to jest dla mnie nowa sytuacja, teraz siedzę spokojnie, naprawdę spokojnie i nie zadręczam się...jednak czuję się jakoś nie obecna w moim ciele i umyśle...oderwana.
Zajmuję się pracą, potrafię rozgraniczyć złe samopoczucie, problemy samej z sobą jednak w chwili wolnego poszukuję odpowiedzi na to co jest tak dla mnie bardzo nie zrozumiałe. Jak to się dzieję, że potrafię tak się zdystansować?
Jednak teraz myślę o tym, że chcę pójść już na wizytę do Pani Oli... brakuje mi tego, na prawdę potrzebuje rozmowy, wytłumaczenia pewnych aspektów mojego życia i myślenia.
Do psychiatry idę za kilka dni, też się nie mogę doczekać bo potrzebuję obiektywnej opinii na mój temat, na temat leczenia bo nie chce popełnić gdzieś błędu, czegoś wytłumaczyć sobie źle i pogrążyć się...
Chciałabym odstawić leki, bardzo tego chciałam jednak teraz mam obawy czy to dobry pomysł, czy sobie poradzę... Jest na prawdę czasem ciężko.
Mam plan pojechać do domu i odpocząć od wszystkich i wszystkiego, dać sobie czas. W domu wiem, że zasypiając mój kochany piesek Yoko będzie zasypiała razem ze mną, przytulę się do niej i spokojnie zasnę. Wiem, że ona mnie nie odrzuci, daje takie niesamowite ciepło...

...Jak dziś zjadłam zupę, bardzo bałam się pójść do toalety zrobić wydawałoby się głupie siusiu, bałam się bo nie wiedziałam czy to co teraz dzieje się ze mną nie spowoduje, że będę chciała dać upust smutkowi, złości, że będę chciała zwymiotować. Myślałam idąc dam radę, dam radę....udało się dałam radę!!!

środa, 9 stycznia 2008

nieświadomie...

kilka razy czytam posta którego piszę w nadziei, że znajdę swoje błędy... teraz czytałam główne hasło i opis mojego bloga...trochę zwątpiłam, bo w nagłówku jest napisane "POKONAĆ CHOROBĘ DUSZY I CIAŁA..."a dalej mój wywód... to mnie przeraziło bo zdałam sobie sprawę, że w poście, którego opublikowałam kilka minut wcześniej nie napisałam: jest mi smutno, jest mi przykro tylko napisałam "jest mi źle" to samo pojawia się w opisie... Boże, nie mogę uwierzyć...
:(

Czasami już nie potrafię wytrzymać!!!

...są takie dni, takie jak dziś czy wczoraj, że czuję, że nie wiele brakuje mi aby zwariować, aby krzyczeć na cały głos, albo po prostu wyjść i nie wrócić.
Ostatnio mam bardzo intensywne dni, tyle się zmienia, tyle decyzji trzeba podjąć!!! Nie będę mówić jak mi źle, jak mi nie dobrze...mówię sobie Juluś spokojnie, wyluzuj, nie przejmuj się, nie warto się niszczyć!!! pomaga...nie chcę iść wymiotować, choć nie powiem nie raz machnęłabym ręką, zapomniała o tym co ważne, do czego dążę, aby tylko poczuć jak z treścią pokarmową i z łzami spowodowanymi odruchem wymiotnym(oraz ściskiem żołądka) odchodzą problemy ode mnie i zostaje tylko w głowie "Cholera, głupia dziewczyno znów zwymiotowałaś, przecież się zabijasz, niszczysz", "znów to zrobiłam jak mogłam!!!", potem zostaje tylko obwinianie samej siebie, żaden inny problem to nie problem. Wszystko schodzi na dalszy plan, nie jest istotne. Jednak tak na prawdę nie chcę do tego wracać...jeżeli bym tak postąpiła, tak zrobiła - zwymiotowała to wiem, że uciekłabym jedynie od problemu, od odpowiedzialności i znów wpędziłabym się w pułapkę- błędne koło, labirynt z którego nie wiem czy bym miała siłę wyjść!
Walka, którą podjęłam bardzo mnie umacnia, nie przejmuję się, nie obwiniam, nie stresuję...podchodzę do życia z dystansem, totalnie "wyluzowałam"!!!
Wreszcie! po tylu latach! i dobrze, bo jestem spokojna, cierpliwa, wyrozumiała i tolerancyjna. Totalnie zmieniłam swój stosunek do życia, ludzi, znajomych, rodziny i miłości.
To jak kiedyś żyłam, jak ufałam, jak byłam podporządkowana i to jak przeżywałam nie dało nic dobrego. Ale na błędach człowiek się uczy, szkoda tylko, że tak dużym kosztem...
Ostatnio przeżywam kryzys, już brakuje mi sił, aby wspierać mojego chłopaka, mówić, że będzie dobrze. Jestem zmęczona czasem takim jego niezdecydowaniem, strachem, przejmowaniem się i wyszukiwaniem problemów, których nie ma...ile mogę jestem optymistyczna, staram się tłumaczyć i zabierać głos we wszystkich kwestiach, które go trapią , szukając silnych argumentów ze swojego życia, aby przekonać go, że zawsze jest jakieś wyjście, że razem damy sobie radę i w każdym etapie życia coś się kończy a coś zaczyna- bo przecież tak jak zmieniamy się my, tak zmienia się Nasze życie. Jednak czasem czuję jakby w ogóle nie było ważne to co mówię, jakby w ogóle mnie nie słuchał. Po kilku takich dniach, czuję się jakby ktoś wypompował ze mnie krew, czy jest mi przykro ? nie wiem, czy jest mi smutno? nie wiem...jest mi po prostu źle...muszę odreagować, odpocząć.......

Nawet nie mam siły płakać, siły myśleć...
jednego się boję, bardzo się boję, że nie dam sobie rady ze wszystkim kiedy odstawię leki, boje się, że nie wytrzymam presji, że któregoś dnia po prostu stracę nadzieję i się pogrążę! Chcę wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że już nic nie jest mnie w stanie złamać... czasem ta nadzieja jest mi odbierana...