środa, 9 stycznia 2008

Czasami już nie potrafię wytrzymać!!!

...są takie dni, takie jak dziś czy wczoraj, że czuję, że nie wiele brakuje mi aby zwariować, aby krzyczeć na cały głos, albo po prostu wyjść i nie wrócić.
Ostatnio mam bardzo intensywne dni, tyle się zmienia, tyle decyzji trzeba podjąć!!! Nie będę mówić jak mi źle, jak mi nie dobrze...mówię sobie Juluś spokojnie, wyluzuj, nie przejmuj się, nie warto się niszczyć!!! pomaga...nie chcę iść wymiotować, choć nie powiem nie raz machnęłabym ręką, zapomniała o tym co ważne, do czego dążę, aby tylko poczuć jak z treścią pokarmową i z łzami spowodowanymi odruchem wymiotnym(oraz ściskiem żołądka) odchodzą problemy ode mnie i zostaje tylko w głowie "Cholera, głupia dziewczyno znów zwymiotowałaś, przecież się zabijasz, niszczysz", "znów to zrobiłam jak mogłam!!!", potem zostaje tylko obwinianie samej siebie, żaden inny problem to nie problem. Wszystko schodzi na dalszy plan, nie jest istotne. Jednak tak na prawdę nie chcę do tego wracać...jeżeli bym tak postąpiła, tak zrobiła - zwymiotowała to wiem, że uciekłabym jedynie od problemu, od odpowiedzialności i znów wpędziłabym się w pułapkę- błędne koło, labirynt z którego nie wiem czy bym miała siłę wyjść!
Walka, którą podjęłam bardzo mnie umacnia, nie przejmuję się, nie obwiniam, nie stresuję...podchodzę do życia z dystansem, totalnie "wyluzowałam"!!!
Wreszcie! po tylu latach! i dobrze, bo jestem spokojna, cierpliwa, wyrozumiała i tolerancyjna. Totalnie zmieniłam swój stosunek do życia, ludzi, znajomych, rodziny i miłości.
To jak kiedyś żyłam, jak ufałam, jak byłam podporządkowana i to jak przeżywałam nie dało nic dobrego. Ale na błędach człowiek się uczy, szkoda tylko, że tak dużym kosztem...
Ostatnio przeżywam kryzys, już brakuje mi sił, aby wspierać mojego chłopaka, mówić, że będzie dobrze. Jestem zmęczona czasem takim jego niezdecydowaniem, strachem, przejmowaniem się i wyszukiwaniem problemów, których nie ma...ile mogę jestem optymistyczna, staram się tłumaczyć i zabierać głos we wszystkich kwestiach, które go trapią , szukając silnych argumentów ze swojego życia, aby przekonać go, że zawsze jest jakieś wyjście, że razem damy sobie radę i w każdym etapie życia coś się kończy a coś zaczyna- bo przecież tak jak zmieniamy się my, tak zmienia się Nasze życie. Jednak czasem czuję jakby w ogóle nie było ważne to co mówię, jakby w ogóle mnie nie słuchał. Po kilku takich dniach, czuję się jakby ktoś wypompował ze mnie krew, czy jest mi przykro ? nie wiem, czy jest mi smutno? nie wiem...jest mi po prostu źle...muszę odreagować, odpocząć.......

Nawet nie mam siły płakać, siły myśleć...
jednego się boję, bardzo się boję, że nie dam sobie rady ze wszystkim kiedy odstawię leki, boje się, że nie wytrzymam presji, że któregoś dnia po prostu stracę nadzieję i się pogrążę! Chcę wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że już nic nie jest mnie w stanie złamać... czasem ta nadzieja jest mi odbierana...

Brak komentarzy: