
Czasami jest naprawdę pięknie...długo nie pamiętam o anoreksji , zapominam o niej. Czasami sama sobie mówię "już 2 tygodnie nie myślałam o chorobie" w tedy czuję się jakbym już wyszła z choroby, jak bym nigdy nie miała z nią do czynienia. Jednak czasem są takie dni, tygodnie..., że zaczynam sobie przypominać o chorobie czasem mnie to bardzo przeraża i męczy jednak staram się walczyć. Najgorsze jest to, że choroba wraca takimi falami i to w najmniej odpowiednim momencie...w takim momencie, w którym bym się kompletnie tego nie spodziewała. Zdaję sobie sprawę, że ona nie zapuka do drzwi lub nie powie "hej Julia przyszłam sobie...", wiem, że nikt nie jest w stanie przewidzieć kiedy dotknie mnie kryzys skoro ja sama tego nie mogę przewidzieć. Jak już się pojawi muszę walczyć. Przestałam mówić o chorobie, rozmawiać z innymi o tym co mnie trapi...znów mówię "nic mi nie jest" a w gruncie rzeczy jest bardzo źle. Być może boję się przyznać, wspomnieć, że coś jest nie tak żeby nikt nie zaczął się znów o mnie martwić i dramatyzować. Chyba dziś będę na prawdę szczera i powiem co mnie boli uzupełniając mojego bloga.
Rozmyślam sobie co mi jest, wiem, że dzieje się coś niedobrego ze mną, że czuję i myślę tak jak nie powinnam. Czasami boję się, że odniosę porażkę, że znów zacznie się ten koszmar. Być może przez to, że ostatnio mam trochę zmartwień, trosk i problemów. Może po prostu jestem przemęczona. Nie mam siły być ciągle silna i optymistyczna- taka super!!!.
coraz częściej zaczęłam się łapać, że myślę o tym co ile ma kalorii, że za późno jest na jedzenie, że tego nie powinnam jeść, że jak będę więcej jeść to przytyję, że powinnam się zważyć, że powinnam zacząć stosować jakąś dietę- wczoraj otworzyłam dietę "Jak schudnąć 14 kg w miesiąc", coraz częściej myślę o tym, że mieszam węglowodany z białkiem, często po zjedzeniu mam ochotę zwymiotować. Ostatnio nawet jak mój chłopak miał iść na spotkanie to słyszałam w swojej głowie "Wyjdzie, to pójdę zwymiotować". Jak robię coś sobie do jedzenia to analizuję czy nie za dużo ma kalorii, czy nie za dużo sobie nałożyłam....tak jak bym głośno to słyszała, jak by mi to ktoś mówił stojąc za mną.
Rano najchętniej bym nie jadła, czuję jakbym miała pełny żołądek, może podświadomie znów sobie wmawiam brak głodu, brak potrzeby jedzenia...chcę tak myśleć- jednak zdrowy rozsądek każe mi zjeść przed wyjściem i napić się czegoś. W dzień najchętniej też bym nie jadła. Teraz mam w oczach łzy, bo jak myślę o jedzeniu to autentycznie wszystko mi rośnie i robi mi się niedobrze. Nie wiem czemu tak jest. Cały czas próbuję samą siebie przeanalizować i znaleźć rozwiązanie. Póki co nie zaczęłam wymiotować i mam nadzieję, że tego nie zrobię. Nadal udaje mi się przezwyciężyć te destrukcyjne myśli...jednak boję się, że kiedyś nie dam rady, że popłynę, że to co mnie otacza, martwi, denerwuje, przysparza o przykrości wyrzucę robiąc sobie krzywdę. Wierzę w swój umysł, wierzę w swoją siłę, wierzę w słuszność założonego celu...i chyba dzięki temu jakoś się trzymam i walczę.
Chudnę chyba ze stresu, czuję się mało atrakcyjna, zmęczona. Ciągle się boje czy dobrze postępuję, czy to co robię jest dobre, czasami się duszę bo muszę ustępować, zgadzać się z czymś co mi przeszkadza dla świętego spokoju, nie widzę efektów swoich starań, pracy...czuję się jak bym ciągle była pod czyjąś presją. Chcę dobrze dla siebie i innych, chcę pomagać, czuć się potrzebna i czasem zaspokajać swoje potrzeby, pragnienia i marzenia jednak tego nie ma bo muszę ulegać, muszę pamiętać co mi wolno a czego nie, co mam robić i jak mam robić. To powoduje, że czuję się ograniczona, zamknięta....duszona. Nie chce być egoistą jak inni, ale czasem chyba inaczej się nie da bo czy ktoś tak naprawdę docenia dobroć i potrzeby drugiego człowieka???
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz