Piałam, że u mnie dobrze, że świetnie i tak było…ale wiadomo sielanka nie może trwać wiecznie.
Jak huknął kryzys to aż ziemia się zatrzęsła. Jednak w takich właśnie chwilach wiem, że wygrywam z chorobą i wiem, że jestem bardzo silna. Już nie będę pisała szczegółowo, co aż takiego się działo, bo powinnam pisać o tym jak pewne sytuacje wpływają na mnie, na moje uczucia, na moje decyzje i na to czy coś mnie pcha do zwymiotowania czy nie.
Jakiś czas temu psycholożka moja powiedziała, że chyba już nie ma, co ze mną robić, że jest ze mną dobrze. Po 2 latach terapii usłyszałam, że odniosłam bardzo duży sukces. Jednak przyznam szczerze, że mimo tego nie zrezygnowałam z terapii i nadal chodzę, co 2 tygodnie na spotkania.
Dodatkowo odstawiłam leki, więc teraz radzę sobie całkowicie sama z tym, co mnie dotyka, otacza, przeraża i sprawia czasami niesamowity stres. To, co mogę powiedzieć to, że w ostatnim czasie miałam bardzo ciężki okres, cały czas płakałam i mocno się stresowałam, wszystko mnie przerastało (praca, szkoła, obowiązki domowe, a przede wszystkim przeokropne zmęczenie psychiczne)a mimo to nie poszłam do kibla się zwymiotować! Nigdzie nie poszłam zwymiotować! Czasem byłam tego bardzo bliska (ok. 3-4 razy mi się to zdarzyło na przestrzeni 6 miesięcy- szłam do toalety, związywałam włosy, wkładałam palce do buzi i chciałam wymiotować, jednak pierwszy mocny skurcz żołądka i łza wysiłku powodowała, że przestawałam- nie chciałam dalej tego kontynuować, nie chciałam tego czuć, nie chciałam nic zwracać, nie chciałam czuć pieczenia. W takich sytuacjach wiedziałam, że jestem silna, że znów wygrywam. Anoreksja przemija niestety jej piętno zawsze czuję, czasami o sobie przypomina i to w sytuacjach, kiedy jestem zrozpaczona i sama, a sytuacja, która powstaje powoduje, że muszę się z tym wszystkim zmierzyć zupełnie sama. To jest niesamowita walka samej z sobą, samej z anoreksją, samej z nawykami…
Kiedy ostatnio pokłóciłam się z Jaśkiem (o to, że wychodzi na spotkanie w nocy, beze nie, z osobą, której nie znam, w miejsce gdzie on sam nie wie gdzie idzie ) wpadłam w histerię (wstydzę się tego, takie zachowanie jest moją słabością jednak umiem to napisać, powiedzieć). 2 Godz płakałam, trzęsłam się, nie mogłam złapać oddechu, pokazywały się rozmaite obrazy z przeszłości, niesamowite wizje tego, co może się stać. Rzucałam rzeczami w domu, chciałam zadawać sobie ból fizyczny,(ale tego nie robię i nie zrobiłam). Walczyłam tym razem nie z toaletą, tylko z inną formą próby skatowania siebie, zadania sobie bólu. Niesamowite jest to, że po przemyśleniach doszłam do wniosku, że faktycznie jestem silna, że walczę, że nie wymiotuje i wiem, że wymiotować mi nie wolno i nie chce tego robić! Jednak z drugiej strony czasami czuje się zagrożona, bo nie wiem skąd ta forma próby zadawania sobie bólu- być może to przyzwyczajenie gdzieś tam we mnie zapisane. Wcześniej jak chciałam siebie ukarać to wymiotowałam, teraz już nie mogę się karać w ten sposób. To, co najbardziej mnie drażni w tym wszystkim to, że do wszystkich wniosków muszę dochodzić sama, że to ja muszę czasami tydzień myśleć, aby otrzymać odpowiedz….Grrrr a czasem chciałabym, aby ktoś mi powiedział, bo to jest tak i tak, przez to i przez to, masz robić tak i tak.
Obecnie jestem do końca tygodniu na zwolnieniu lekarskim. Odpoczywam i regeneruję siły. Ostatnio mój organizm odmawiał posłuszeństwa, bóle głowy, zawroty, duszności, trzęsienie rąk, mroczki, duże problemy ze snem i koncentracją, brak sił, brak witalności, rozkojarzenie i brak chęci do życia pchnęły mnie do lekarza, bo już nie dawałam rady…diagnoza mocne przemęczenie. Teraz czuje jak się regeneruję, choć ja oczywiście musze się czymś martwić,,,ehhh jak to ja…czym? Już sobie mówię, że na pewno są na mnie źli, że w pracy mnie nie ma, że będę miała przesrane, że nie dostanę urlopu za miesiąc…cała masa czarnych wizji- zupełnie bez pokrycia w rzeczywistości! I to jest właśnie kolejna rzecz, z którą muszę się uporać, mianowicie z tym, że nie powinnam tracić czasu na takie myślenie, które jest mega niepozytywne!. Tak samo jest z postrzeganiem siebie, cały czas mam problem z ubieraniem się, kupowaniem ubrań, spoglądaniem w lustro. Bywa, że czuje się mega gruba, wielka! A przecież w gruncie rzeczy wiem, że tak nie jest!
Codziennie muszę walczyć, codziennie się zmierzam sama z sobą. To trudne, ale daję radę
P.S kolejne wyznanie to ….Święta Bożego Narodzenia 2008 (przede wszystkim pytanie jak to jest znów jeść)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
Witaj
Czasami kiedy człowiek ma problemy i nie wie jak ich rozwiązać to łatwiej jest poczytać o problemach innych, wtedy sam sobie wydajesz się silny jak nigdy dotąd i całkiem innymi oczyma patrzysz na swoje życie.. Dlatego czasami czytam Twego bloga. Ja na szczęście nie mam tej choroby, ale w jakimś stopniu bardzo Ciebie rozumiem kiedy opisujesz swój ból, bezradność, brak chęci do życia. Ale s tego co piszesz jesteś rzeczywiście silna, bardzo silna i nawet o tym nie podejrzewasz, ponieważ już tyle przetrwałaś, powinnaś uwierzyć w siebie i w swoje siły. Człowiek jest tak stworzony, że potrafi sam kierować swoim ciałem i umysłem, a nie ciało nim. Bardzo ciężko czytać kiedy młoda dziewczyna tak siebie męczy L i ludzi, którym na Tobie zależy , a takich masz J Może spróbuj pójść na jogę, bardzo relaksuję, a albo zapisz się na kurs tańca. Taniec pomaga wyrzucić całą negatywną energię, która w Tobie się nazbierała, wyrzucić ból, który nie daje Ci żyć i dodaje skrzydeł. Życzę Tobie powodzenia i mam nadzieje, że skoro pojawi się bardzo optymistyczny tekst na Twoim blogu! Trzymam kciuki!
heey :* przypadkiem trafilam na twoj blog ... bardzo mnie wzruszyl. to co zrobilas, to ze wygralas z ta choroba .. naprawde gratuluje. jestes bardzo silna i dzilna osoba ... wiekszosc napewno by sie poddala a ty to wytrzymalas. bardzo ciesze sie ze ci sie udalo :* napisz co jak tam dalej ci sie zyje
zycze ci wszystkiego najlepszego i zeby to juz nigdy do ciebie nie wrocilo !!! :*
Prześlij komentarz