Mija już 2 miesiące od powrotu z Turcji...gdyby nie te zdjęcia to już bym nie pamiętała, że byłam.
Szczęście z urlopu trwało bardzo krótko. Kierat, kierat jeszcze raz kierat. Praca i uczelnia do pogodzenia już od połowy września. Dodatkowo cała masa rzeczy do załatwienia, do ogarnięcia na pilne.
W pracy u mnie zwolnienia więc ludzie czują się bardzo zagrożeni. U mojego chłopaka to samo tylko u niego w większej ilości- w tym on. Kiedy człowiek czuje się zagrożony i czeka jak na szpilkach do końca miesiąca na wyrok mając u swojego bogu ukochaną osobę, która staje się bezrobotna i bardzo zawiedziona jest to dramat. Dodatkowo choroba rodziców, zagrożenie mieszkania czy nie będziemy musieli się wynieść niemalże z dnia na dzień i wynająć coś za pieniądze, których nie mamy...byłam załamana, myślałam, że wyrwę sobie włosy z głowy. Cały czas bolała mnie głowa, nie mogłam spać choć byłam zmęczona okrutnie, nie mogłam jeść, ciągle płakałam...starałam się nikomu nie pokazać jak bardzo jestem nieszczęśliwa, przecież ktoś w domu musi być dzielny i twardy. Jak sobie przypomnę ten czas (jeszcze 3 tyg temu) to, aż mi słabo. Taka próba "silnego" kamuflarzu jest beznadziejna, trzymać w sobie te wszystkie emocje i płakać w poduszkę, aby nie dać po sobie poznać słabości to naprawdę błędna droga. Za dużo mnie to kosztowało, organizm się buntował, a łzy nie pomagały w trzeźwym i pozytywnym myśleniu. Teraz jest względnie dobrze, myślę sobie, że to była kolejna próba dla mnie bo nieraz miałam ochotę zwyczajnie pójść do toalety i zwymiotować. Tak samo jak chęć zwymiotowania mnie pchała do przodu tak samo pchała mnie do tyłu. Znów walka "idź zwymiotuj" vs. "opanuj się, nie wymiotuj". Czasami czułam się jak opętana. Te myśli, które ciągle w głowie się kłębią i nie dają spokoju. Kiedy opanowywałam chęć zwymiotowania, to myślałam o innych próbach okaleczenia siebie, kiedyś jak nie wymiotowanie to obijanie kostek na ręku. Teraz myśli były bardziej brutalne. Cały czas sobie mówiłam, że tyle osiągnęłam, że żyję w miarę normalnie to nie powinnam tego przekreślać chwilową słabością. Bardzo pomagało, choć chodziłam wściekła. Potem już tylko beczałam w poduszkę dotąd dopóki nie wypłakałam wszystkich swoich łez. W czasie choroby nie umiałam płakać, nie byłam do tego zdolna teraz płacz oczyszcza mnie bardzo, jest to teraz forma upustu emocji. Myślę sobie, że lepiej płakać z byle powodu niż próbować znów się krzywdzić. Póki co mi się to udaje. Bardzo się bałam tego, że te wszystkie negatywne rzeczy, które miały miejsce, te emocje które się we mnie piętrzyły to coś z czym muszę wrócić do psychologa bo nie dam sobie rady. Bałam się, że jak pójdę znów na spotkanie z psychologiem przyznam się do swojej bezsilności, że dla innych będzie to oznaczało, że nie daję sobie rady sama z sobą. Bałam się tego jak inni mnie ocenią. Jakież to było banalne z mojej strony. Wmówiłam sobie, że konfrontacja z psychologiem to moja porażka. Teraz wiem, że wizyta to jedyne dobre wyjście, aby za oszczędzić sobie nerwów i łez. Nic tak nie oczyści jak rozmowa ze swoim psychologiem, który przyczynił się do tego, że żyjesz.
Może nie powinnam o tym pisać, aby nie odbierać nadziei, jednak przyżekłam sobie, że będę pisać o tym jak to jest. Wiadomo z anoreksji wychodzisz jak tego bardzo chcesz i pracujesz nad sobą, ale na co dzień masz pełno prób z jej strony które albo przejdziesz, albo na których polegniesz. Moja kolejna się zakończyła sukcesem. To najważniejsze, że nie poszłam po najmniejszej linii oporu, tylko zawalczyłam po raz kolejny ze swoja psychiką. Bardzo mnie to cieszy i mam nadzieję, że to co napisałam będzie odbierane pozytywnie przez innych.
W kolejnym poście będę chciała napisać, że akceptacja samej siebie to naprawdę bardzo trudna sprawa, z która nadal walczę.
poniedziałek, 9 listopada 2009
wtorek, 1 września 2009
Poprostu kierunek Turcja
Przez ostatni czas w pracy było dużo stresu, nerwów i moje rezerwy baterii nikły z dnia na dzień.
Codzienny płacz i brak sił do wstania...zresztą mój chłopak miał to samo. To co mnie, jego (nas) trzymało przy funkcjonowaniu z dnia na dzień była wizja nadchodzącego, dwutygodniowego urlopu, upragnionego, którego nigdy nie miałam od ponad 4 lat pracy.
Kupiliśmy Last Minute do Turcji. Wakacje cudowne. Totalne lenistwo i beztroska. Upał, słońce, basen, muzyka, plaża, morze...cóż chcieć więcej.
Teraz naładowana nową energią walczę z codziennością. Jak to przekłada sie na mnie napisze niebawem.
Codzienny płacz i brak sił do wstania...zresztą mój chłopak miał to samo. To co mnie, jego (nas) trzymało przy funkcjonowaniu z dnia na dzień była wizja nadchodzącego, dwutygodniowego urlopu, upragnionego, którego nigdy nie miałam od ponad 4 lat pracy.
Kupiliśmy Last Minute do Turcji. Wakacje cudowne. Totalne lenistwo i beztroska. Upał, słońce, basen, muzyka, plaża, morze...cóż chcieć więcej.
Teraz naładowana nową energią walczę z codziennością. Jak to przekłada sie na mnie napisze niebawem.
piątek, 3 lipca 2009
1 czerwca i zmiany,zmiany,zmiany na duży PLUS
Ostatnio musialam dużo czasu poświęcić na naukę.
Zaliczenia przed sesją ciągnęły się i ciągnęły, a uczyć się w tygodniu po pracy to istna masakra. Ale póki co do przodu. Teraz sesja ruszyła pęłną parą -trochę w mało kozystnej chwili...przeprowadzki...kolejnej w moim życiu.
Myśleliśmy , że będzie szybko i bez bólu w końcu rzeczy nie mamy tak dużo...a tu muka! Mamy tyle rzeczy, że przeprowadzka nie miała końca. Ile to trzeba było się nadzwigać, najeździć. Dobrze, że to już przeszłość. Teraz mieszkamy w ścisłym centrum, gdzie hałas i duchota jest okropna, ale do zniesienia przez inne uroki mieszkania i okolicy.
1 czerwca minęła mi klejna rocznica niewymiotowania. Kolejny rok, który uświadamia mi, że 3 lata minęły jak jeden dzień, kolejny rok, który jest moim zwycięstwem z chorobą.
W każdym razie anoreksja zawsze we mnie będzie, ale to, że umiem nad nią zapanować jest dla mnie wielkim sukcesem. Nie chce już myśleć co było, co będzie, nie planuje na zaś. Co jest mi pisane to to mnie spotka.
Zaczynam żyć tak jak zawsze chciałam i powinnam. Pracuje, studiuję, dbam o dom, o Jaśka, o samą siebie, spełniam swoje zachcianki, dążę do celu małymi kroczkami, myślę pozytywnie, nie załamuję się, chodzę na taniec, chodzę na spacery co jeszcze do niedawna było wielkim wyzwaniem.
Wczoraj pierwszy raz od ponad 2 lat jeździłam metrem i zniosłam to dobrze, bez palpitacji serca, łez w oczach, bez kręcenia w głowie- do czego mogą zmusić człowieka obtarte stopki J tak mnie nogi od obtarc bolały i zeby iść do domu jak najszybciej i jak najkrócej pojechałam metrem. A tak to od środy 1/07 jeżdżę codziennie do pracy autobusem co też było dla mnie bardzo dużym przeżyciem i szokiem. Jednak nie było tak strasznie. Na szczęście nie mam przesiadek, mam blisko i szybko do pracy chyba to zapunktowało i przekonało mnie do próby pokonania lęków. Dałam radęJ
Szkoda tylko mi autka mojego, ze musi tak stać, ale Warszawa w korkach doprowadza mnie do szału. Z drugiej strony będzie to dla mnie oszczędnosć i finansowa i czasowa. Jak zwykle w życiu...coś za cośJ
P.S pszepraszam za błędy
Polecam tą piosenkę,ostatnio mnie „prowadzi” i ściska za serce
http://www.youtube.com/watch?v=-ojHWQrm4UM&feature=fvst
Zaliczenia przed sesją ciągnęły się i ciągnęły, a uczyć się w tygodniu po pracy to istna masakra. Ale póki co do przodu. Teraz sesja ruszyła pęłną parą -trochę w mało kozystnej chwili...przeprowadzki...kolejnej w moim życiu.
Myśleliśmy , że będzie szybko i bez bólu w końcu rzeczy nie mamy tak dużo...a tu muka! Mamy tyle rzeczy, że przeprowadzka nie miała końca. Ile to trzeba było się nadzwigać, najeździć. Dobrze, że to już przeszłość. Teraz mieszkamy w ścisłym centrum, gdzie hałas i duchota jest okropna, ale do zniesienia przez inne uroki mieszkania i okolicy.
1 czerwca minęła mi klejna rocznica niewymiotowania. Kolejny rok, który uświadamia mi, że 3 lata minęły jak jeden dzień, kolejny rok, który jest moim zwycięstwem z chorobą.
W każdym razie anoreksja zawsze we mnie będzie, ale to, że umiem nad nią zapanować jest dla mnie wielkim sukcesem. Nie chce już myśleć co było, co będzie, nie planuje na zaś. Co jest mi pisane to to mnie spotka.
Zaczynam żyć tak jak zawsze chciałam i powinnam. Pracuje, studiuję, dbam o dom, o Jaśka, o samą siebie, spełniam swoje zachcianki, dążę do celu małymi kroczkami, myślę pozytywnie, nie załamuję się, chodzę na taniec, chodzę na spacery co jeszcze do niedawna było wielkim wyzwaniem.
Wczoraj pierwszy raz od ponad 2 lat jeździłam metrem i zniosłam to dobrze, bez palpitacji serca, łez w oczach, bez kręcenia w głowie- do czego mogą zmusić człowieka obtarte stopki J tak mnie nogi od obtarc bolały i zeby iść do domu jak najszybciej i jak najkrócej pojechałam metrem. A tak to od środy 1/07 jeżdżę codziennie do pracy autobusem co też było dla mnie bardzo dużym przeżyciem i szokiem. Jednak nie było tak strasznie. Na szczęście nie mam przesiadek, mam blisko i szybko do pracy chyba to zapunktowało i przekonało mnie do próby pokonania lęków. Dałam radęJ
Szkoda tylko mi autka mojego, ze musi tak stać, ale Warszawa w korkach doprowadza mnie do szału. Z drugiej strony będzie to dla mnie oszczędnosć i finansowa i czasowa. Jak zwykle w życiu...coś za cośJ
P.S pszepraszam za błędy
Polecam tą piosenkę,ostatnio mnie „prowadzi” i ściska za serce
http://www.youtube.com/watch?v=-ojHWQrm4UM&feature=fvst
czwartek, 23 kwietnia 2009
Kwiecień, kwiecień czyli wiosna w sercu pełną parą
Witam, od urodzin milczałam. A tu kolejne święta...tym razem wielkanocne za nami. Święta w tym roku były cudowne, jeszcze nigdy nie było tak fajnie, rodzinnie i sympatycznie. Oprócz tego, że kursowaliśmy od jednego stołu do drugiego to naprawdę świetnie radziłam sobie z jedzeniem.
Ostatnio też zaczęłam bywać na mieście, to tu impreza, to tam...zaczęłam znowu się bawić i wiecie co to jest naprawdę fajne ...tylko szkoda, że czasem tchu brak ...słaba kondycja:) ale mam nadzieję, że niebawem ją poprawię:) Zaczęłam odnawiać kontakty, spotykać się częściej ze znajomymi, wieczorami mam siły czytać książki niesamowite jest to, że naprawdę moje ciało i umysł odzyskało równowagę. Oczywiście to bardzo dużo mnie kosztuje pracy nad sobą, ale efekty jak najbardziej są widoczne:). Pewnie, że anoreksja nie zniknęła z mojego życia, ale to co się zmieniło to jest to, że nie ona mną kieruje, nie ma już katowania siebie, wymiotowania, drastycznego trenowania- to jest daleko poza mną. 1 czerwca minie kolejna rocznica niewymiotowania, już nie mogę się doczekać...zastanawiam się jak to uczcić ;) . Ostatnio, aby komuś pomóc musiałam pamięcią wrócić do tych ciężkich chwil i powiem szczerze, że nawet nie zdawałam sobie sprawy, że takie odkopywanie "ran" tak mocno da mi w kość, że tak mocno to mnie wypompuje...ale wydaje mi się, że to była kolejna próba na zmierzenie się z tym co przeszłam. Niesamowite jest to, że ludzka psychika naprawdę potrafi tak zakamuflować przeszłość i jej historie/aspekty...to, że musisz mocno się skupiać nad tym co się działo krok po kroku aby sobie to przypomnieć- to było jak szukanie "tego czegoś" w labiryncie w którym każda odnoga była jakąś moją historią. To było jak otwieranie drzwi, za którymi były kolejne drzwi do otworzenia i kolejne, i kolejne. Dodatkowo zabranie się do odkopywania etapów anoreksji, aby odpowiedzieć na bardzo konkretne i niełatwe pytania trwało kilka dni, czyli nadal nie jest to łatwy temat (ale po to są takie osoby jak ja aby pisać też o pozytywach w życiu, o tym, że jest to prawdziwa historia młodej kobiety, która pokonała chorobę, która ma nadzieję być otuchą dla innych osób- ja jak byłam w zaawansowanej chorobie to blogi czy fora na które trafiałam niestety były bardzo negatywne, które tylko mnie dołowały i pogłębiały stan beznadzieji. Nie chciałam aby mój blog był taki jak większość tych smutnych, wzbudzających jeszcze bardziej negatywne emocje).
Wiem, że dużo osób po anoreksji nie chce wracać do tego tematu, ze mną jest inaczej i ciesze się, że piszę tego bloga. Jestem dumna z niego i siebie. Mam nadzieję, że choć trochę przez to co piszę mogę pomóc ludziom- Pokazać, że naprawdę można wyjść z bagna...z każdego bagna czy to jest anoreksja, czy alkoholizm, czy narkomania. Są to trudne tematy, ale wiara i siła, która drzemie w ludziach jest ogromna.
Jestem bardzo zadowolona z tego i jest to dla mnie nagrodą, że spotykam się z pozytywnymi opiniami, podziękowaniami na temat mojego bloga. Fajnie, że są ludzie którzy czytają to co piszę, którzy śledzą moją historię. Bardzo dziękuje wszystkim, którzy piszą do mnie te ciepłe słowa:)
Jeszcze jedna rzecz, która mnie zaskoczyła, ale wyszła naprawdę z głębi mnie to to, że na pytanie Kto jest moim autorytetem...odpowiem, że w pierwszej kolejności ja a potem moja mama:) To niesamowicie ciekawe, że sama dla siebie jestem autorytetem- jak widać poczucie własnej wartości skacze w górę;)
Załączone zdjęcie ...to ja we własnej osobie- Dzień Dobry wszystkim-jestem Julka :)
poniedziałek, 23 marca 2009
24 urodziny

Wczoraj obchodziłam swoje kolejne urodziny...24:)
to co było wczoraj najmilsze to to, że po raz pierwszy od wielu lat nie płakałam w swoje urodziny. Wcześniej za każdym razem działo się coś niemiłego i niestety urodziny kojarzyły mi się z czymś bardzo negatywnym. Szkoda tylko , że musiałam się rozchorować i taka wypluta byłam. W każdym bądź razie urodziny były udane, dostałam fajne prezenty, miło spędziłam dzień, a Jasiek był taki kochany. Tak więc urodziny mogą być jednak miłe. Teraz jak patrzę z perspektywy czasu to szok, że tyle czasu minęło od początku choroby i tyle czasu piszę swojego bloga:).
Jedyne co mi się nasuwa na myśl to moja trudność w mówieniu co chciałabym dostać...jak byłam chora to pamiętam, że jedyne o czym marzyłam przy dmuchaniu świeczek to to aby:"wyjść z choroby i być zdrową". Teraz nie wiem co bym chciała dostać bo praktycznie wszystko co chcę to mam:)
to co było wczoraj najmilsze to to, że po raz pierwszy od wielu lat nie płakałam w swoje urodziny. Wcześniej za każdym razem działo się coś niemiłego i niestety urodziny kojarzyły mi się z czymś bardzo negatywnym. Szkoda tylko , że musiałam się rozchorować i taka wypluta byłam. W każdym bądź razie urodziny były udane, dostałam fajne prezenty, miło spędziłam dzień, a Jasiek był taki kochany. Tak więc urodziny mogą być jednak miłe. Teraz jak patrzę z perspektywy czasu to szok, że tyle czasu minęło od początku choroby i tyle czasu piszę swojego bloga:).
Jedyne co mi się nasuwa na myśl to moja trudność w mówieniu co chciałabym dostać...jak byłam chora to pamiętam, że jedyne o czym marzyłam przy dmuchaniu świeczek to to aby:"wyjść z choroby i być zdrową". Teraz nie wiem co bym chciała dostać bo praktycznie wszystko co chcę to mam:)
czwartek, 19 marca 2009
Codzienna codzienność zmian
Długo nie opublikowałam posta choć kilka napisanych posiadam. Może nie były warte tego, aby ujrzały światło dzienne...pamiętam, że jeden był pełny złości po mailu jakiego dostałam od pro any! Chyba nie warto faktycznie o tym pisać. Nie chcę czytać, ani patrzeć na blogi pro ana. Za dużo mnie kosztowało odzyskanie zdrowia i normalności aby ktoś w ten sposób zakłócał mój spokój. Zresztą nikt kto chce się leczyć nie będzie mi pisał, że "fajnie jest się głodować" i nakłaniał mnie do czytania tego pożal się boże wymuszonego, sztucznego bełkotu, który na pierwszy rzut oka śmierdzi tą modą pro ana. Mniejsza z tym.
Wracając do mnie i tego co u mnie to chciałabym napisać, że 2 miesiące temu zrezygnowałam z terapii z Panią Olą. Płakać mi się chciało i było mi smutno, ale nadszedł ten czas kiedy to trzeba zacząć żyć samodzielnie:). Już jakiś czas dojrzewałam i chciałam już zrezygnować z leczenia bo czułam się dobrze i przede wszystkim wiedziałam, że urosłam w siłę. Dodatkowo od dłuższego czasu mówiłam o zwykłych, codziennych rzeczach, które nie powodowały u mnie trosk. Do choroby praktycznie też już nie wracałam. Nie wymiotuję, nie głodzę się, żyję normalnie, jem, piję, funkcjonuję. Wreszcie czuję, że jestem sobą! Wróciłam z powrotem do siebie z jedną różnicą, że nie pozwolę już nigdy siebie skrzywdzić! Nie pozwolę aby ktoś mydlił mi oczy, walczę o swoje racje, walczę o swoje wartości o wszystko to co stanowi mnie. Jeśli coś mi nie pasuje to to mówię, jeśli jest mi źle to to wykrzyczę, wypłaczę. Więcej się cieszę niż martwię:)
Teraz jak przejeżdżam koło lecznicy psychologicznej to wspominam ją z wielkim sentymentem. Co ważne jak na razie jeszcze ani razu nie pomyślałam, że źle zrobiłam, że zrezygnowałam z leczenia. Wiem, że zawsze mogę wrócić, umówić się na wizytę i zostanę przyjęta, ale cieszę się, że nie muszę tam chodzić bo to znaczy, że ze mną naprawdę jest dobrze. A wszystko to co osiągnęłam jest wielkim sukcesem mojego życia. Widzę jak wszyscy są ze mnie dumni i to daje mi siłę. Zaczęłam otwierać się na ludzi. Na uczelni byłam samotna, teraz już tak nie jest mam kilka świetnych koleżanek, które powodują, że chce się przychodzić na wykłady:), że chce się rozmawiać, śmiać:) Teraz już nie mam problemu z uczęszczaniem na zajęcia bo jestem wśród dziewczyn które znam, które mnie akceptują i mamy wspólne tematy do rozmów:)
Wracając do mnie i tego co u mnie to chciałabym napisać, że 2 miesiące temu zrezygnowałam z terapii z Panią Olą. Płakać mi się chciało i było mi smutno, ale nadszedł ten czas kiedy to trzeba zacząć żyć samodzielnie:). Już jakiś czas dojrzewałam i chciałam już zrezygnować z leczenia bo czułam się dobrze i przede wszystkim wiedziałam, że urosłam w siłę. Dodatkowo od dłuższego czasu mówiłam o zwykłych, codziennych rzeczach, które nie powodowały u mnie trosk. Do choroby praktycznie też już nie wracałam. Nie wymiotuję, nie głodzę się, żyję normalnie, jem, piję, funkcjonuję. Wreszcie czuję, że jestem sobą! Wróciłam z powrotem do siebie z jedną różnicą, że nie pozwolę już nigdy siebie skrzywdzić! Nie pozwolę aby ktoś mydlił mi oczy, walczę o swoje racje, walczę o swoje wartości o wszystko to co stanowi mnie. Jeśli coś mi nie pasuje to to mówię, jeśli jest mi źle to to wykrzyczę, wypłaczę. Więcej się cieszę niż martwię:)
Teraz jak przejeżdżam koło lecznicy psychologicznej to wspominam ją z wielkim sentymentem. Co ważne jak na razie jeszcze ani razu nie pomyślałam, że źle zrobiłam, że zrezygnowałam z leczenia. Wiem, że zawsze mogę wrócić, umówić się na wizytę i zostanę przyjęta, ale cieszę się, że nie muszę tam chodzić bo to znaczy, że ze mną naprawdę jest dobrze. A wszystko to co osiągnęłam jest wielkim sukcesem mojego życia. Widzę jak wszyscy są ze mnie dumni i to daje mi siłę. Zaczęłam otwierać się na ludzi. Na uczelni byłam samotna, teraz już tak nie jest mam kilka świetnych koleżanek, które powodują, że chce się przychodzić na wykłady:), że chce się rozmawiać, śmiać:) Teraz już nie mam problemu z uczęszczaniem na zajęcia bo jestem wśród dziewczyn które znam, które mnie akceptują i mamy wspólne tematy do rozmów:)
piątek, 16 stycznia 2009
Święta Bożego Narodzenia 2008- jak to jest znów jeść
Święta to dość trudny czas dla osób, które chorowały lub chorują na anoreksje. Niestety. Każdy patrzy na Ciebie czy jesz, czy nie wychodzisz zwymiotować, czy gdzieś nie ukrywasz jedzenia. Moje święta w tym roku były dość udane. Przy stole absolutnie nie przyszło mi nawet przez chwile do głowy, żeby zwymiotować. Myślę sobie, że w mojej sytuacji dobre jest to, że jem dość mało, ale praktycznie wszystko. Mam mały żołądek więc absolutnie nie ma czegoś takiego, że najadam się na opór lub jem i jem, bo wiem, że osoby po anoreksji wpadają w taki ciąg i czasem mają problem z zahamowaniem się. Ze mną jest tak, że ja sobie sama jestem Panią i nie pozwalam nikomu aby sterował moją miską lub tym co mam zjeść i ile mam zjeść!. Jem tyle ile mogę, czyli do momentu kiedy już czuję, że jest mi dobrze, tak aby się nie przejeść, tak aby nie czuć się pełna, ale też nie czuć się niedojedzoną. Jeśli po zjedzeniu masz siłę na spacer to znaczy, ze z Tobą jest dobrze. Uważam, ze jeśli zdarzy Ci się pomyśleć, że „zjadłam za dużo” to dobrze wziąć psa i mamę i pójść na 15 minutowy spacer (po takim małym spacerku wyrzut znika i masz wrażenie, że zrobiłaś coś pożytecznego dla swojego zdrowia). Święta dla mnie pod kątem jedzenia nie są niczym takim ŁAŁ- dzień prawie taki sam jak każdy inny- szkoda, że te całe jedzenie jest takie ciężkie i tłuste. W głowie oczywiście mam pewne kalkulacje, co dobrze zjeść a co nie, co powinnam a co nie. Jednak powiem tak, nie jest to jakieś mega ograniczające dla mnie bo tłumacze sobie to tak:
Juluś…skoro dziś masz dzień kalkulacji jedzeniowej, a tak się czasem mi zdarza (np. zjeść czekoladę czy nie, czy zjeść chipsy czy nie) to w ten dzień odpuść sobie jedzenie czegoś kalorycznego- mówię sobie skoro masz kalkulować ,a potem nie daj bóg mieć jakieś wyrzuty to zjedz jutro lub pojutrze kiedy to będziesz miała humor i prawdziwą ochotę na tą np. czekoladę. I co wam powiem, ta metoda w moim przypadku sprawdza się w 100%! Ja tak robię i poważnie nie mam potem żadnych wewnętrznych rozkminek ;-) I co jest banalne…jak masz ochotę, na to coś ,tak na 100% to potem nie ma wyrzutu. I tu prosty przykład ze świąt…przez 2 dni chodziłam i mówiłam zjeść ciasto, nie zjeść, zjeść, nie zjeść….i reasumując w święta nie zjadłam, a tuż po świętach tak. Zajadałam się tym makowcem, uszy mi się trzęsły bo był tak dobry i słodziutki, a wyrzutu brak. Kurcze a ten keks…mniam mniam
A podsumowując Święta pod kontem jedzeniowym, to powiem tyle, że jest to dla mnie dzień jak każdy inny, który spędzam z rodziną, ponieważ nawet jak teraz jeździmy z Jankiem do moich rodziców na obiady to widzę jak mama się cieszy i oczy jej się świecą ze szczęścia , że jem. Dlatego teraz święta i spotkania przy stole z rodziną są dla mnie bardzo ważne, bo mogę sobie i najbliższym pokazać, że jem wszystko tak jak oni, a przy tym rozmawiać, śmiać się (a nie myśleć gdzie tu szybko się zwymiotować). Czasami mam takie wrażenie, że widzę siebie z rodziną przy stole i strasznie jestem szczęśliwa. Coś w stylu rozdwojenia jaźni bo fizycznie jem z rodziną, a tak jakby drugie ja widziało całość. Coś w stylu stania z boku i obserwowania z tą różnicą, że jesteś w gronie tych obserwowanych! Skomplikowane te ostatnie zdania mojej wypowiedzi, ale inaczej tego przedstawić nie umiem. To tak jak było kiedyś: w chorobie widziałam (po zjedzeniu, a przed zwymiotowaniem) tą płaczącą , mówiącą, zrozpaczoną czarnowłosą, chudą postać, a teraz widzę (zamiast tej zrozpaczonej ) siebie, uśmiechniętą patrzącą na mnie z rodziną kiedy jest np. obiad rodzinny, wspólne grillowanie lub inne wydarzenie z rodziną. Może to szalone co pisze, ale kto powiedział, że wszystko jest proste i banalne? Ważne, że umiem to powiedzieć, napisać, zauważyć…bo wydaje mi się, że dużo osób może odczuwać to co ja i np. nie rozumieć tego lub mówi sobie „Chryste ale mnie porąbało”. Dlatego kochani ludzie trochę wiary w siebie i swój umysł.
Juluś…skoro dziś masz dzień kalkulacji jedzeniowej, a tak się czasem mi zdarza (np. zjeść czekoladę czy nie, czy zjeść chipsy czy nie) to w ten dzień odpuść sobie jedzenie czegoś kalorycznego- mówię sobie skoro masz kalkulować ,a potem nie daj bóg mieć jakieś wyrzuty to zjedz jutro lub pojutrze kiedy to będziesz miała humor i prawdziwą ochotę na tą np. czekoladę. I co wam powiem, ta metoda w moim przypadku sprawdza się w 100%! Ja tak robię i poważnie nie mam potem żadnych wewnętrznych rozkminek ;-) I co jest banalne…jak masz ochotę, na to coś ,tak na 100% to potem nie ma wyrzutu. I tu prosty przykład ze świąt…przez 2 dni chodziłam i mówiłam zjeść ciasto, nie zjeść, zjeść, nie zjeść….i reasumując w święta nie zjadłam, a tuż po świętach tak. Zajadałam się tym makowcem, uszy mi się trzęsły bo był tak dobry i słodziutki, a wyrzutu brak. Kurcze a ten keks…mniam mniam
A podsumowując Święta pod kontem jedzeniowym, to powiem tyle, że jest to dla mnie dzień jak każdy inny, który spędzam z rodziną, ponieważ nawet jak teraz jeździmy z Jankiem do moich rodziców na obiady to widzę jak mama się cieszy i oczy jej się świecą ze szczęścia , że jem. Dlatego teraz święta i spotkania przy stole z rodziną są dla mnie bardzo ważne, bo mogę sobie i najbliższym pokazać, że jem wszystko tak jak oni, a przy tym rozmawiać, śmiać się (a nie myśleć gdzie tu szybko się zwymiotować). Czasami mam takie wrażenie, że widzę siebie z rodziną przy stole i strasznie jestem szczęśliwa. Coś w stylu rozdwojenia jaźni bo fizycznie jem z rodziną, a tak jakby drugie ja widziało całość. Coś w stylu stania z boku i obserwowania z tą różnicą, że jesteś w gronie tych obserwowanych! Skomplikowane te ostatnie zdania mojej wypowiedzi, ale inaczej tego przedstawić nie umiem. To tak jak było kiedyś: w chorobie widziałam (po zjedzeniu, a przed zwymiotowaniem) tą płaczącą , mówiącą, zrozpaczoną czarnowłosą, chudą postać, a teraz widzę (zamiast tej zrozpaczonej ) siebie, uśmiechniętą patrzącą na mnie z rodziną kiedy jest np. obiad rodzinny, wspólne grillowanie lub inne wydarzenie z rodziną. Może to szalone co pisze, ale kto powiedział, że wszystko jest proste i banalne? Ważne, że umiem to powiedzieć, napisać, zauważyć…bo wydaje mi się, że dużo osób może odczuwać to co ja i np. nie rozumieć tego lub mówi sobie „Chryste ale mnie porąbało”. Dlatego kochani ludzie trochę wiary w siebie i swój umysł.
Subskrybuj:
Posty (Atom)