poniedziałek, 23 marca 2009

24 urodziny


Wczoraj obchodziłam swoje kolejne urodziny...24:)
to co było wczoraj najmilsze to to, że po raz pierwszy od wielu lat nie płakałam w swoje urodziny. Wcześniej za każdym razem działo się coś niemiłego i niestety urodziny kojarzyły mi się z czymś bardzo negatywnym. Szkoda tylko , że musiałam się rozchorować i taka wypluta byłam. W każdym bądź razie urodziny były udane, dostałam fajne prezenty, miło spędziłam dzień, a Jasiek był taki kochany. Tak więc urodziny mogą być jednak miłe. Teraz jak patrzę z perspektywy czasu to szok, że tyle czasu minęło od początku choroby i tyle czasu piszę swojego bloga:).
Jedyne co mi się nasuwa na myśl to moja trudność w mówieniu co chciałabym dostać...jak byłam chora to pamiętam, że jedyne o czym marzyłam przy dmuchaniu świeczek to to aby:"wyjść z choroby i być zdrową". Teraz nie wiem co bym chciała dostać bo praktycznie wszystko co chcę to mam:)

czwartek, 19 marca 2009

Codzienna codzienność zmian

Długo nie opublikowałam posta choć kilka napisanych posiadam. Może nie były warte tego, aby ujrzały światło dzienne...pamiętam, że jeden był pełny złości po mailu jakiego dostałam od pro any! Chyba nie warto faktycznie o tym pisać. Nie chcę czytać, ani patrzeć na blogi pro ana. Za dużo mnie kosztowało odzyskanie zdrowia i normalności aby ktoś w ten sposób zakłócał mój spokój. Zresztą nikt kto chce się leczyć nie będzie mi pisał, że "fajnie jest się głodować" i nakłaniał mnie do czytania tego pożal się boże wymuszonego, sztucznego bełkotu, który na pierwszy rzut oka śmierdzi tą modą pro ana. Mniejsza z tym.

Wracając do mnie i tego co u mnie to chciałabym napisać, że 2 miesiące temu zrezygnowałam z terapii z Panią Olą. Płakać mi się chciało i było mi smutno, ale nadszedł ten czas kiedy to trzeba zacząć żyć samodzielnie:). Już jakiś czas dojrzewałam i chciałam już zrezygnować z leczenia bo czułam się dobrze i przede wszystkim wiedziałam, że urosłam w siłę. Dodatkowo od dłuższego czasu mówiłam o zwykłych, codziennych rzeczach, które nie powodowały u mnie trosk. Do choroby praktycznie też już nie wracałam. Nie wymiotuję, nie głodzę się, żyję normalnie, jem, piję, funkcjonuję. Wreszcie czuję, że jestem sobą! Wróciłam z powrotem do siebie z jedną różnicą, że nie pozwolę już nigdy siebie skrzywdzić! Nie pozwolę aby ktoś mydlił mi oczy, walczę o swoje racje, walczę o swoje wartości o wszystko to co stanowi mnie. Jeśli coś mi nie pasuje to to mówię, jeśli jest mi źle to to wykrzyczę, wypłaczę. Więcej się cieszę niż martwię:)
Teraz jak przejeżdżam koło lecznicy psychologicznej to wspominam ją z wielkim sentymentem. Co ważne jak na razie jeszcze ani razu nie pomyślałam, że źle zrobiłam, że zrezygnowałam z leczenia. Wiem, że zawsze mogę wrócić, umówić się na wizytę i zostanę przyjęta, ale cieszę się, że nie muszę tam chodzić bo to znaczy, że ze mną naprawdę jest dobrze. A wszystko to co osiągnęłam jest wielkim sukcesem mojego życia. Widzę jak wszyscy są ze mnie dumni i to daje mi siłę. Zaczęłam otwierać się na ludzi. Na uczelni byłam samotna, teraz już tak nie jest mam kilka świetnych koleżanek, które powodują, że chce się przychodzić na wykłady:), że chce się rozmawiać, śmiać:) Teraz już nie mam problemu z uczęszczaniem na zajęcia bo jestem wśród dziewczyn które znam, które mnie akceptują i mamy wspólne tematy do rozmów:)