poniedziałek, 9 listopada 2009

Warszawska jesienna codzienność

Mija już 2 miesiące od powrotu z Turcji...gdyby nie te zdjęcia to już bym nie pamiętała, że byłam.
Szczęście z urlopu trwało bardzo krótko. Kierat, kierat jeszcze raz kierat. Praca i uczelnia do pogodzenia już od połowy września. Dodatkowo cała masa rzeczy do załatwienia, do ogarnięcia na pilne.
W pracy u mnie zwolnienia więc ludzie czują się bardzo zagrożeni. U mojego chłopaka to samo tylko u niego w większej ilości- w tym on. Kiedy człowiek czuje się zagrożony i czeka jak na szpilkach do końca miesiąca na wyrok mając u swojego bogu ukochaną osobę, która staje się bezrobotna i bardzo zawiedziona jest to dramat. Dodatkowo choroba rodziców, zagrożenie mieszkania czy nie będziemy musieli się wynieść niemalże z dnia na dzień i wynająć coś za pieniądze, których nie mamy...byłam załamana, myślałam, że wyrwę sobie włosy z głowy. Cały czas bolała mnie głowa, nie mogłam spać choć byłam zmęczona okrutnie, nie mogłam jeść, ciągle płakałam...starałam się nikomu nie pokazać jak bardzo jestem nieszczęśliwa, przecież ktoś w domu musi być dzielny i twardy. Jak sobie przypomnę ten czas (jeszcze 3 tyg temu) to, aż mi słabo. Taka próba "silnego" kamuflarzu jest beznadziejna, trzymać w sobie te wszystkie emocje i płakać w poduszkę, aby nie dać po sobie poznać słabości to naprawdę błędna droga. Za dużo mnie to kosztowało, organizm się buntował, a łzy nie pomagały w trzeźwym i pozytywnym myśleniu. Teraz jest względnie dobrze, myślę sobie, że to była kolejna próba dla mnie bo nieraz miałam ochotę zwyczajnie pójść do toalety i zwymiotować. Tak samo jak chęć zwymiotowania mnie pchała do przodu tak samo pchała mnie do tyłu. Znów walka "idź zwymiotuj" vs. "opanuj się, nie wymiotuj". Czasami czułam się jak opętana. Te myśli, które ciągle w głowie się kłębią i nie dają spokoju. Kiedy opanowywałam chęć zwymiotowania, to myślałam o innych próbach okaleczenia siebie, kiedyś jak nie wymiotowanie to obijanie kostek na ręku. Teraz myśli były bardziej brutalne. Cały czas sobie mówiłam, że tyle osiągnęłam, że żyję w miarę normalnie to nie powinnam tego przekreślać chwilową słabością. Bardzo pomagało, choć chodziłam wściekła. Potem już tylko beczałam w poduszkę dotąd dopóki nie wypłakałam wszystkich swoich łez. W czasie choroby nie umiałam płakać, nie byłam do tego zdolna teraz płacz oczyszcza mnie bardzo, jest to teraz forma upustu emocji. Myślę sobie, że lepiej płakać z byle powodu niż próbować znów się krzywdzić. Póki co mi się to udaje. Bardzo się bałam tego, że te wszystkie negatywne rzeczy, które miały miejsce, te emocje które się we mnie piętrzyły to coś z czym muszę wrócić do psychologa bo nie dam sobie rady. Bałam się, że jak pójdę znów na spotkanie z psychologiem przyznam się do swojej bezsilności, że dla innych będzie to oznaczało, że nie daję sobie rady sama z sobą. Bałam się tego jak inni mnie ocenią. Jakież to było banalne z mojej strony. Wmówiłam sobie, że konfrontacja z psychologiem to moja porażka. Teraz wiem, że wizyta to jedyne dobre wyjście, aby za oszczędzić sobie nerwów i łez. Nic tak nie oczyści jak rozmowa ze swoim psychologiem, który przyczynił się do tego, że żyjesz.
Może nie powinnam o tym pisać, aby nie odbierać nadziei, jednak przyżekłam sobie, że będę pisać o tym jak to jest. Wiadomo z anoreksji wychodzisz jak tego bardzo chcesz i pracujesz nad sobą, ale na co dzień masz pełno prób z jej strony które albo przejdziesz, albo na których polegniesz. Moja kolejna się zakończyła sukcesem. To najważniejsze, że nie poszłam po najmniejszej linii oporu, tylko zawalczyłam po raz kolejny ze swoja psychiką. Bardzo mnie to cieszy i mam nadzieję, że to co napisałam będzie odbierane pozytywnie przez innych.
W kolejnym poście będę chciała napisać, że akceptacja samej siebie to naprawdę bardzo trudna sprawa, z która nadal walczę.

Brak komentarzy: