niedziela, 20 września 2015

Gorąca 30 tka i chichot losu

Minęło wiele czasu od mojego ostatniego posta. Znów napiszę, że nie wiem kiedy ten czas minął. Tak czy inaczej żyję i mam się dobrze. Moja anoreksja to tom książki mojego życia, która została już spisana i postawiona na półkę, zostawiłam w niej kilka kartek na wszelki wypadek, ale mam wielką nadzieję, że już nic nie zostanie do tej chorobowej książki dopisane- prócz "Happy End. The End". Od mojego anorektycznego huraganu niebawem minie 10 lat. Kupa czasu. Od samego mojego ostatniego wpisu minęło prawie 3 lata... To były ciężkie 3 lata, ale piękne lata mojego prawdziwego i ogromnego osobistego rozwoju. Poszukiwania radości, uśmiechu, pełnej, prawdziwej radości życia. Budowania swojego świata wartości i zasad, z którymi teraz żyję i którymi się kieruje. Zgodnymi z moją wrażliwością, delikatnością, ale pełnych obiektywizmu i stanowczości. Wszystko w oparciu o zdrowy ogląd sytuacji, ludzi i emocji jakie mnie otaczają. Ja to teraz nazywam, że osiągnęłam pozytywny stopień wyjebania (wcześniej przejmowałam się każdą opinią na mój temat, chciałam być idealna, nie do zastąpienia, idealna dla ojca, idealna dla świata, idealna dla pracodawcy, idealna dla znajomych, słuchać problemów każdego, pomagać wszystkim tylko to nie szło w drugą stronę - dla większości (teraz już to wiem) byłam mało istotnym bytem, w którego można nawrzucać jak w śmietnik, a potem kopnąć w dupę). Teraz jestem silną osobą, walczę o siebie i nie przejmuje się opiniami na mój temat, potrafię prowadzić konstruktywne dyskusje, higieniczny tryb pracy, jestem otwarta na polemikę w niemalże każdym temacie, nawet tym wrażliwym jakim jest moje ciało, waga, czy nawyki żywieniowe. Prowadzę zdrowy tryb życia towarzyskiego. Nie kontaktuje się z ludźmi toksycznymi, nie chodzę na spotkania z osobami, które wzbudzają mój psychiczny dyskomfort. Teraz otaczam się garstką najbardziej wyjątkowych i bliskich mi ludzi, którzy akceptują mnie taką jaka jestem, którzy wiedzą, że mogą na mnie liczyć i którzy, jak potrzebuję potrafią wysłuchać również mnie i pomóc jeśli będę tego potrzebować. Brzydzę się nieszczerością, dwulicowością, wykorzystywaniem emocjonalnym i intelektualnym. Ostatnie 3 lata mogę powiedzieć, z czystym sercem są mega stabilne. Bez popełnianych chorobowych głupot czy myśli, gdzie funkcjonuję jak normalna kobieta. Kobieta! a nie zagubiony dzieciak, chory dzieciak wołający o pomoc, który w swojej rozpaczy głodzi się. Skupiam się na tym co mnie otacza, rozwija. Nie skupiam się na destrukcji. Chcę żyć i cieszyć się. Na swój sposób pokonałam śmierć- to jest ogromny sukces. Teraz jestem silną kobietą, która wie czego chce, która dba o siebie i swojego ukochanego i nikomu nie pozwolę nas skrzywdzić. Mam dużą pewność siebie i tego, że destrukcyjny tryb życia jest daleko ode mnie. Miałam naprawdę ciężkie momenty w ciągu tych 3 lat (choroba mamy, zawał ojca, moja ciężka operacja cholernej endometriozy, zakup mieszkania, problemy pracowe i zdrowotne narzeczonego i wiele, wiele innych), które pokazały, że jestem silna. Były to też momenty totalnej mojej rozpaczy, w której najlepszym rozwiązaniem byłoby porzyganie się i odmówienie jedzenia (to by było naturalne dla chorej osoby), a ja w tych właśnie momentach ani razu o tym nie pomyślałam. Te i podobne momenty jakiegoś niepowodzenia za każdym razem pokazują mi, że jestem silna. Za każdym razem po upadku na kolana, biorę oddech i wstaję. Idę dalej. Upadam, biorę oddech i wstaję. Czasem jest mi bardzo, bardzo ciężko, ale w tedy płaczę, szlocham, rozmawiam, daję upust emocjom. A nie zamykam się w toalecie. Płacz, rozmowa i zdrowy upust złości (rozładowanie negatywnych emocji) naprawdę pomaga. W tym roku skończyłam 30 lat. Od roku nie chodzę do psychologa. Od roku sama świetnie funkcjonuję i się nie boję, że sobie nie poradzę sama z sobą. Co teraz? Walczymy z moją połówką od 3 lat o to aby mieć dziecko, nasze maleństwo. Mamy nadzieję, że w końcu nam się uda. Nawet nie chcę myśleć, że może być inaczej. Myślimy pozytywnie. Mamy cięższe chwile i zwątpienie, ale wspieramy się i nasza miłość pomaga nam dalej walczyć. Jesteśmy pod opieką świetnych specjalistów. Rok temu przeszłam ciężką operację endometriozy (3 stopień), która została wykryta przez przypadek (a na którą de facto cierpię od 17 roku życia). Jest to straszna kobieca choroba, trudna w Polsce do zdiagnozowania (ignorancja lekarzy ginekologów i podstawowy brak wiedzy w temacie endo), nie ma na nią leku. Choroba, która podważa kobiecość, która zabiera kobiecość, która powoduje bardzo duży dyskomfort życia codziennego i seksualnego. choroba, która każe żyć z chronicznym bólem i zapaleniem. Popłynęły mi teraz łzy pisząc o tym, bo to cholerny chichot losu. Kilka lat temu nie chciałam być kobietą, zabijałam tą kobiecość,chciałam mieć ciało nastolatki, a teraz jak czuje się kobieca i piękna, to cierpię na chorobę, która chce mi ją odebrać. Więcej o endometriozie tutaj: http://pse.aid.pl/o-chorobie/o-endometriozie-2/ Osobom chorym, które czytają mojego bloga pewnie temat endometriozy czy pragnienie dziecka może być teraz daleki. Wspomniałam o tym, ponieważ jest to teraz moje najważniejsze starcie i wyzwanie. Kolejna ciężka walka. Chcę też pokazać, że mimo dramatu anoreksji jakie przeszłam, w życiu są kolejne dramaty, na które trzeba się przygotować i trzeba być silnym...bo jako 30 latka powiem, że faktycznie "w życiu piękne są tylko chwile", ale wiem też, że jak się pokona anoreksję, to pokona się każde inne przeciwności losu. W kolejnym poście odniosę się do tego jak funkcjonuję żywieniowo i sportowo. Zdaję sobie sprawę, że wielu czytających, czy chorych na anoreksję zadaje sobie pytanie czy dużo ćwiczę? co jem? czy umiem patrzeć na siebie w lustrze? Ja nie chcę dawać nadziei, że można wyjść z anoreksji. Ja Wam udowadniam własnym przypadkiem, że jest ona naprawdę do pokonania. A życie mimo tylu przeciwności losu jest naprawdę fajne i warte przeżycia. Mam nadzieję, że jako psycholog (bo już się dawno temu obroniłam) za kilka lat będę prowadzić terapie dla chorych na anoreksję z dużym odsetkiem wyzdrowienia. Dbajcie o siebie i żyjcie proszę.